szmyrgol.movie (szmyrgol.movie) instagram photos and videos

szmyrgol.movie
szmyrgol.movie

O czym mówi Szmyrgol-movie? Mówi o fantastyce, komiksach, grach, jednak najwięcej o kinie. Ja, Szmyrgol, zapraszam do śledzenia bloga.

followers count:  44
followers rank: 0
likes count:  2,819
like rank:  0

Most popular images

Bratobójca / Kinslayer, aut. Jay Kristoff, 2016

Bratobójca, czyli kontynuacja Tancerzy Burzy, oraz druga część Trylogii Wojny Lotosowej.

Pojawiają się nowe strony konfliktu, nowi wrogowie, stawka poważnie rośnie. 
To część z większymi ambicjami fabularnymi, w której dochodzi do przełomowych zmian, konflikt robi się coraz bardziej skomplikowany, mniej czarno-biały, a bohaterowie są poddani najcięższej próbie. To także część znacznie lepsza od poprzedniej, bo już dużo mniej popadająca w schematy.

Fabułę śledzi się tutaj z zaangażowaniem. Intryga przez większość czasu wciąga, trzyma w napięciu, dostarczając ciekawych konfliktów i zaskakujących zwrotów fabularnych.

Jay Kristoff rozbija tutaj narrację na kilka części. Poznajemy nasz konflikt z najróżniejszych stron - głównych bohaterów, ich sojuszników, wrogów, ale też ludzi z zewnątrz. To ambitne podejście autora, ale myślę że trochę je przerosło. Bratobójca cierpi przez to na nadmiar wątków i postaci, w rezultacie cierpi na tym tempo historii. Też nie każdy wątek jest równie ciekawy, abyśmy śledzili z równym zainteresowaniem co główną historię. Na szczęście wszystko ma swój pay off, albo w tym tomie, albo następnym.

W Tancerzach Burzy miałem pewien dysonans jeśli chodzi o ton historii, oraz warstwę fabularną - mrok, przemoc, czy erotyka wydawały mi się niepotrzebną fasadą wrzuconą do tradycyjnej historii fantasy. Tutaj ma to lepsze uzasadnienie, bo przekonujemy się że świat faktycznie jest oddalony od ideału i patosu. Książka opowiada o cenie zwycięstwa, ile człowiek jest w stanie zapłacić w imię własnych ideałów, oraz jaka jest granica między honorem, a zwykłym człowieczeństwem.

Bratobójcę polecam każdemu komu podobali się Tancerze Burzy, bo naprawdę ciekawie rozwija świat, bohaterów i fabułę, pokazuje potencjał jaki się za nimi krył, dostarczając nam jednocześnie wciągające, przygodowe fantasy z fajną, niebanalną historią.
Cassie Clare zagra Filippę Eilhart w 2 sezonie Wiedźmina. OCZYWIŚCIE w Internecie jest drama z powodu odrobinę ciemniejszej karnacji aktorki. Minęły już 2 lata odkąd w obsadzie Wiedźmina pojawiają się osoby czarnoskóre, a ludzie do dziś nie są w stanie pogodzić się z tą myślą, zwyczajnie się przyzwyczaić. 

Już widzieliśmy 1 sezon Wiedźmina, wielu się naprawdę podobał i byłem pewien, że już na tym etapie widzowie zmienią nieco stosunek do obsady. Ale nie, wciąż narzeka się na polityczną poprawność i "lewacką propagandę". Zgadnijcie co - Andrzej Sapkowski ma lewicowe poglądy, jego książki poruszają temat dyskryminacji i emancypacji kobiet. Pokazuje nam potężne kobiety, na najwyższych szczeblach władzy wpływające na losy świata, które są lepsze od mężczyzn pod każdym względem. Najważniejszą postacią w Sadze wcale nie jest Geralt, tylko Ciri, która jest lesbijką. Świat Wiedźmina pełen jest egzotycznych krajów, różnorodnych kultur i alternatywnych wymiarów, istnieje Zerrikania w której ludzie mają ciemniejszą karnację. 

Część fanów stoi w przekonaniu, że Wiedźmin jest przede wszystkim "słowiański", co jest nadużyciem. Świat Sapkowskiego jest równie słowiański, co germański, czy anglosaski - te książki od początku czerpały wzorce z najróżniejszych odłamów fantastyki, z najróżniejszych krajów. Mamy tam polskie baśnie, ale też baśnie braci Grimm, Tolkiena, czy legendy arturiańskie - masę najróżniejszych tropów. Nawet połowa nazw nie jest zaczerpnięta z języka polskiego - Geralt, Yennefer, czy Ciri wcale nie brzmią jakoś "słowiańsko". Więc radzę rzucić już na luz, skończyć z narzekaniem na kolor skóry bohaterów fantasy, bo zwyczajnie nie ma powodu, tylko szkoda nerwów i czasu.

Hype medias

Account rate

Mathematical model that shows the popularity of an account relative to others.

Statistics

0
Average likes per post
0
Average comments per post

Photos and videos ratio

0% videos
100% photos
Już w czasach czwartej części Indiany Jonesa czułem dysonans z obserwowania 65-letniego aktora grające dalej awanturniczego Indianę Jonesa, który skacze, biega, bije się jak 20 lat wcześniej. Jeszcze więcej wątpliwości mam odnośnie nadchodzącej piątej częsci, w której Ford ma już 78 lat i nadal próbuje wykonywać różne akrobatyczne popisy jako Indiana Jones. 

Moje wątpliwości potwierdził wypadek który miał miejsce na planie - Harrison Ford doznał kontuzji ramienia w trakcie kręcenia sceny walki. James Mangold nie chciał się uciekać do dublera, czy efektów specjalnych i niestety taki jest rezultat. Wieku się nie oszuka.
Na szczęście nic poważnego się nie stało, kręcone będą po prostu sceny nie wymagające udziału aktora, dopóki Ford nie wróci do siebie. Podobna historia miała miejsce na planie Przebudzenia Mocy, kiedy to drzwi Sokoła Millenium przewaliły się na Harrisona Forda. 

Cóż, plany filmowe nie służą aktorowi.

Już w czasach czwartej części Indiany Jonesa czułem dysonans z obserwowania 65-letniego aktora grające dalej awanturniczego Indianę Jonesa, który skacze, biega, bije się jak 20 lat wcześniej. Jeszcze więcej wątpliwości mam odnośnie nadchodzącej piątej częsci, w której Ford ma już 78 lat i nadal próbuje wykonywać różne akrobatyczne popisy jako Indiana Jones. Moje wątpliwości potwierdził wypadek który miał miejsce na planie - Harrison Ford doznał kontuzji ramienia w trakcie kręcenia sceny walki. James Mangold nie chciał się uciekać do dublera, czy efektów specjalnych i niestety taki jest rezultat. Wieku się nie oszuka. Na szczęście nic poważnego się nie stało, kręcone będą po prostu sceny nie wymagające udziału aktora, dopóki Ford nie wróci do siebie. Podobna historia miała miejsce na planie Przebudzenia Mocy, kiedy to drzwi Sokoła Millenium przewaliły się na Harrisona Forda. Cóż, plany filmowe nie służą aktorowi. #harrisonford, #indianajones, #stevenspielberg, #przygoda, #film, #blockbuster, #kino, #starwars, #GwiezdneWojny, #wypadek, #accident

Ojcostwo. Odnoszę wrażenie, że to coraz popularniejszy temat w popkulturze w ciągu ostatnich kilku lat. Coraz więcej ikonicznych bohaterów, znanych przez wiele lat ostatnimi laty doczekało się potomstwa. Bruce Wayne ma Damiana, Clark Kent Jonathana, Kratos Atreusa, Logan X-23, Johnny Cage ma swoją Cassie. Poza tym, doszli nowi bohaterowie, których podstawą jest ojcostwo, jak Joele z The Last of Us, albo Cliff Unger czy Sam Walter Brigde z Death Stranding. 

Odnoszę wrażenie, że takie zjawisko wynika z faktu, że  popkultura geekowska staje się coraz bardziej powszechna i coraz starsza, zaangażowani gracze lub fani komiksów dorośli i już sami stają się ojcami. Dlatego właśnie dostosowuje się historie tak, aby mogły lepiej rezonować z starzejącym się pokoleniem fanów, odwoływać się do ich doświadczeń, problemów. Ja nie jestem jeszcze ojcem, ale jestem już w wieku, w którym coraz mocniej ten temat zaczyna do mnie przemawiać, coraz lepiej rozumiem. Mam coraz większą słabość, szczególnie do historii rodem z ostatniego God of War, czy The Last of Us - motywu samotnego, oschłego ojca po doświadczeniach, który próbuje zbudować relację ze swoim dzieckiem (także tym przybranym). Jest w tym coś wzruszającego, zawsze sporo satysfakcji czerpię z obserwowania jak bohaterowie docierają do siebie i budują więź. 

Wszystkim ojcom życzę wszystkiego dobrego!

Ojcostwo. Odnoszę wrażenie, że to coraz popularniejszy temat w popkulturze w ciągu ostatnich kilku lat. Coraz więcej ikonicznych bohaterów, znanych przez wiele lat ostatnimi laty doczekało się potomstwa. Bruce Wayne ma Damiana, Clark Kent Jonathana, Kratos Atreusa, Logan X-23, Johnny Cage ma swoją Cassie. Poza tym, doszli nowi bohaterowie, których podstawą jest ojcostwo, jak Joele z The Last of Us, albo Cliff Unger czy Sam Walter Brigde z Death Stranding. Odnoszę wrażenie, że takie zjawisko wynika z faktu, że popkultura geekowska staje się coraz bardziej powszechna i coraz starsza, zaangażowani gracze lub fani komiksów dorośli i już sami stają się ojcami. Dlatego właśnie dostosowuje się historie tak, aby mogły lepiej rezonować z starzejącym się pokoleniem fanów, odwoływać się do ich doświadczeń, problemów. Ja nie jestem jeszcze ojcem, ale jestem już w wieku, w którym coraz mocniej ten temat zaczyna do mnie przemawiać, coraz lepiej rozumiem. Mam coraz większą słabość, szczególnie do historii rodem z ostatniego God of War, czy The Last of Us - motywu samotnego, oschłego ojca po doświadczeniach, który próbuje zbudować relację ze swoim dzieckiem (także tym przybranym). Jest w tym coś wzruszającego, zawsze sporo satysfakcji czerpię z obserwowania jak bohaterowie docierają do siebie i budują więź. Wszystkim ojcom życzę wszystkiego dobrego! #dzieńojca, #fathersday, #thelastofus, #TLoU, #godofwar, #gow, #playstation, #deathstranding, #logan, #ojcostwo, #popkultura, #szmyrgol, #szmyrgolmovie, #dzieńojca, #Fathership,

Pierwszy odcinek 5 sezonu Ricka i Morty'ego już za mną. Problemem poprzedniego sezonu był brak większej ciągłej fabuły, rozwoju postaci i świata (nielicząc samego finału). Był to po prostu zlepek niepowiązanych epizodów, czyli coś co mogłoby mieć miejsce na początku serialu, a nie w 4, kiedy serial powinien się rozwijać (inna też kwestia, że sam poziom odcinków był bardzo nierówny). Nie wiem jeszcze jak będzie ostatecznie z 5 sezonem, ale pierwszy odcinek zapowiada coś, czego brakowało mi wcześniej.

Podoba mi się, że w końcu postanowiono zrobić z Jessici pełnoprawną postać, która ma z Mortym jakąś faktyczną relację. Dotychczas sprowadzało się to tylko do żartu nerda nieudolnie podrywającego atrakcyjną dziewczynę z klasy. Podoba mi się prostota z jaką popchnięto ich relację do przodu - wystarczyło, aby Morty się przełamał, zagadał i powiedział co mu leży na sercu. Bo czasami wystarczy po prostu tyle, zrobić pierwszy krok, być szczerym, a całość nabierze rozpędu. Kończy się niby jak zawsze, Morty zawalił i Jessica znowu jest poza zasięgiem... ale po chwili jest zasugerowane, że może wcale nie. Wydarzenia odcisnęły na bohaterach jakieś piętno (szczególnie na Jessice) i faktycznie coś można z tego lepić.

Jerry i Beth są obecnie w szczęśliwym związku i to też jest miła odmiana. Już przez 4 sezony oglądaliśmy żart z toksycznym małżeństwem, teraz niech próbują pójść w dialog i próbę zbliżenia się (jak z Mortym i Jessicą).

Dochodzi jeszcze nemezis Ricka, czyli król Nimbus, który jest taką parodią Aquamana i Namora. Zabawny, queerowy, egocentryczny. Spoko, jeżeli miałby być villainem na cały sezon.

Poza tym mamy fajny żart z efektem motyla i portalem do świata w którym czas płynie dużo szybciej - jak każda błacha aktywność Morty'ego kształtuje całą cywilizację, prowadzi do bratobójczych wojen, upadków i powstań. Było parę dobrych żartów z poważniejszego kina sf i fantasy.

Mam nadzieję, że faktycznie pójdzie to jakąś drogą, nie zostanie odłożone i przywrócone dopiero pod koniec, w ostatnim odcinku.

Pierwszy odcinek 5 sezonu Ricka i Morty'ego już za mną. Problemem poprzedniego sezonu był brak większej ciągłej fabuły, rozwoju postaci i świata (nielicząc samego finału). Był to po prostu zlepek niepowiązanych epizodów, czyli coś co mogłoby mieć miejsce na początku serialu, a nie w 4, kiedy serial powinien się rozwijać (inna też kwestia, że sam poziom odcinków był bardzo nierówny). Nie wiem jeszcze jak będzie ostatecznie z 5 sezonem, ale pierwszy odcinek zapowiada coś, czego brakowało mi wcześniej. Podoba mi się, że w końcu postanowiono zrobić z Jessici pełnoprawną postać, która ma z Mortym jakąś faktyczną relację. Dotychczas sprowadzało się to tylko do żartu nerda nieudolnie podrywającego atrakcyjną dziewczynę z klasy. Podoba mi się prostota z jaką popchnięto ich relację do przodu - wystarczyło, aby Morty się przełamał, zagadał i powiedział co mu leży na sercu. Bo czasami wystarczy po prostu tyle, zrobić pierwszy krok, być szczerym, a całość nabierze rozpędu. Kończy się niby jak zawsze, Morty zawalił i Jessica znowu jest poza zasięgiem... ale po chwili jest zasugerowane, że może wcale nie. Wydarzenia odcisnęły na bohaterach jakieś piętno (szczególnie na Jessice) i faktycznie coś można z tego lepić. Jerry i Beth są obecnie w szczęśliwym związku i to też jest miła odmiana. Już przez 4 sezony oglądaliśmy żart z toksycznym małżeństwem, teraz niech próbują pójść w dialog i próbę zbliżenia się (jak z Mortym i Jessicą). Dochodzi jeszcze nemezis Ricka, czyli król Nimbus, który jest taką parodią Aquamana i Namora. Zabawny, queerowy, egocentryczny. Spoko, jeżeli miałby być villainem na cały sezon. Poza tym mamy fajny żart z efektem motyla i portalem do świata w którym czas płynie dużo szybciej - jak każda błacha aktywność Morty'ego kształtuje całą cywilizację, prowadzi do bratobójczych wojen, upadków i powstań. Było parę dobrych żartów z poważniejszego kina sf i fantasy. Mam nadzieję, że faktycznie pójdzie to jakąś drogą, nie zostanie odłożone i przywrócone dopiero pod koniec, w ostatnim odcinku. #rickandmorty, #rickimorty, #HBO, #hbogo, #serial, #kreskówka, #bajkidladorosłych, #adultswim, #animacja

 
Ostatnio ciekawe wydarzenia miały miejsce w świecie box office.

Wcześniej już wspominałem, że Godzilla vs. Kong okazał się najlepiej zarabiającym amerykańskim filmem od 2020 roku. Obecnie wynik box office wynosi 442 mln - przy budżecie 180 mln. Ostatnio filmowi udało się zarobić 100 mln w samych Stanach Zjednoczonych. Mogłoby to robić wrażenie, gdyby ten wynik nie osiągnął wcześniej inny film (i to dużo tańszy). 

Ciche miejsce 2 kosztowało zaledwie 61 mln dolarów, ale dotychczas udało mu się zarobić 221 mln, z czego 125 mln pochodziło z USA. To bardzo dobry wynik nawet pomijając pandemię (acz ustępujący wynikowi pierwszej części). Film cały czas zarabia spore pieniądze i już na tym etapie jest bardzo dochodowy. 

Szybcy i Wściekli 9 szybko i wściekle doganiają wynik Godzilla vs. Kong. Film na razie miał premierę na rynku wschodnim i już tam zdążył zarobił 292 mln dolarów. Jaki wynik ostatecznie będzie, to się dopiero przekonamy, ale możemy być pewni że pobije wynik GvK i stanie się najlepiej zarabiającym filmem od 2020 roku. Budżet filmu wynosił 200 mln.

Ostatnio ciekawe wydarzenia miały miejsce w świecie box office. Wcześniej już wspominałem, że Godzilla vs. Kong okazał się najlepiej zarabiającym amerykańskim filmem od 2020 roku. Obecnie wynik box office wynosi 442 mln - przy budżecie 180 mln. Ostatnio filmowi udało się zarobić 100 mln w samych Stanach Zjednoczonych. Mogłoby to robić wrażenie, gdyby ten wynik nie osiągnął wcześniej inny film (i to dużo tańszy). Ciche miejsce 2 kosztowało zaledwie 61 mln dolarów, ale dotychczas udało mu się zarobić 221 mln, z czego 125 mln pochodziło z USA. To bardzo dobry wynik nawet pomijając pandemię (acz ustępujący wynikowi pierwszej części). Film cały czas zarabia spore pieniądze i już na tym etapie jest bardzo dochodowy. Szybcy i Wściekli 9 szybko i wściekle doganiają wynik Godzilla vs. Kong. Film na razie miał premierę na rynku wschodnim i już tam zdążył zarobił 292 mln dolarów. Jaki wynik ostatecznie będzie, to się dopiero przekonamy, ale możemy być pewni że pobije wynik GvK i stanie się najlepiej zarabiającym filmem od 2020 roku. Budżet filmu wynosił 200 mln. #GodzillavsKong, #AQuietPlacePartII, #f9, #fastandfurious, #SzybcyIWściekli, #CicheMiejsce, #Cichemiejsce2, #boxoffice, #blockbuster, #kino, #zarobki, #szmyrgol, #szmyrgolmovie, #fastsaga, #JohnKrasinsky, #vindiesel, #godzilla, #kong

Pojawiło się zdjęcie Shazama i jego rodziny z filmu Shazam: Fury of the Gods. Dla porównania macie też zdjęcie bohaterów w kostiumach z poprzedniej części.

Czuć nieco bardziej "snyderowy" vibe - kolory nieco przytłumione, więcej detali, rozbudowana faktura. W sumie trudno stwierdzić, które lepsze bo obie wpisują się w różne estetyki. Te kiczowate spandeksy z lampkami ledowymi w kształcie błyskawic pasowały do tonu pierwszego Shazama. W sumie nie przeszkadzałoby mi, gdyby postanowili podbić stawkę i zrobić z Shazama 2 bardziej widowiskowe i epickie kino.

Pojawiło się zdjęcie Shazama i jego rodziny z filmu Shazam: Fury of the Gods. Dla porównania macie też zdjęcie bohaterów w kostiumach z poprzedniej części. Czuć nieco bardziej "snyderowy" vibe - kolory nieco przytłumione, więcej detali, rozbudowana faktura. W sumie trudno stwierdzić, które lepsze bo obie wpisują się w różne estetyki. Te kiczowate spandeksy z lampkami ledowymi w kształcie błyskawic pasowały do tonu pierwszego Shazama. W sumie nie przeszkadzałoby mi, gdyby postanowili podbić stawkę i zrobić z Shazama 2 bardziej widowiskowe i epickie kino. #shazam, #dc, #zacharylevi, #superhero, #superbohaterowie, #kino

 
Trese
prod. Budjette Tan, Kajo Baldisimo, 2021

Z Trese mam ten problem, że nie jest to ani szczególnie zły serial, ani szczególnie dobry - jest przeciętny do bólu pod każdym względem. 
Animacja jest okej, z całkiem niezłymi projektami postaci, animacjami walk, za to momentami z fatalnie wykonanymi otoczeniami z rażącymi pikselami. Postacie mają jakieś charaktery, ale żadna nie wybija się szczególnie i nie wzbudza emocji. Fabuła to standardowy do bólu kryminał z elementami nadprzyrodzonymi - każdy odcinek to jakieś osobne śledztwo, tajemnica do rozwiązania z przewidywałbym twistem i prostym morałem. 

Jedyne co wyróżnia jakkolwiek Trese jest jej egzotyka - nie na co dzień można oglądać filipińskie animacje zagłębione w filipińskim folklorze. Szkoda tylko, że serial przedstawia ten świat głównie za pomocą ekspozycji, przez co momentami jest przegadany. Szkoda też, że sam styl animacji jest tak mało kreatywny- wygląda to po prostu jak animacja DC (zresztą Jay Oliva pracował nad serialem).

Serial ma 6 odcinków trwających po 25 minut, ale i tak seans ciągnęł się. Powtarzam, to nie jest zły serial, jest po prostu poprawny do bólu. Zabrakło jakiejś większej dozy szaleństwa, energii, serca, czegoś co by mnie zaskoczyło stylem, reżyserią, scenariuszem, czy pomysłowością.

Trese prod. Budjette Tan, Kajo Baldisimo, 2021 Z Trese mam ten problem, że nie jest to ani szczególnie zły serial, ani szczególnie dobry - jest przeciętny do bólu pod każdym względem. Animacja jest okej, z całkiem niezłymi projektami postaci, animacjami walk, za to momentami z fatalnie wykonanymi otoczeniami z rażącymi pikselami. Postacie mają jakieś charaktery, ale żadna nie wybija się szczególnie i nie wzbudza emocji. Fabuła to standardowy do bólu kryminał z elementami nadprzyrodzonymi - każdy odcinek to jakieś osobne śledztwo, tajemnica do rozwiązania z przewidywałbym twistem i prostym morałem. Jedyne co wyróżnia jakkolwiek Trese jest jej egzotyka - nie na co dzień można oglądać filipińskie animacje zagłębione w filipińskim folklorze. Szkoda tylko, że serial przedstawia ten świat głównie za pomocą ekspozycji, przez co momentami jest przegadany. Szkoda też, że sam styl animacji jest tak mało kreatywny- wygląda to po prostu jak animacja DC (zresztą Jay Oliva pracował nad serialem). Serial ma 6 odcinków trwających po 25 minut, ale i tak seans ciągnęł się. Powtarzam, to nie jest zły serial, jest po prostu poprawny do bólu. Zabrakło jakiejś większej dozy szaleństwa, energii, serca, czegoś co by mnie zaskoczyło stylem, reżyserią, scenariuszem, czy pomysłowością. #trese, #anime, #JayOliva, #BudjetteTan, #KajoBaldisimo, #filipiny, #animacja, #kreskówka, #bajkidladorosłych, #netflix, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie, #serial, #filipino

Ośmiu wspaniałych. Straż przyboczna młodego szoguna / Shogun's Shadow
reż. Yasuo Furuhata, 1989

Kolejna recenzja zapomnianego filmu samurajskiego wydanego w Polsce za dosłowne grosze - a szkoda, bo to kawał solidnej rozrywki.

Ośmiu wspaniałych. Straż przyboczna młodego szoguna (kocham ten przekombinowany polski tytuł) nie ma żadnych głębszych aspiracji, to japoński blockbuster, który ma dostarczyć masę widowiskowych scen akcji, ładnych plenerów i epickich scen batalistycznych przy akompaniamencie rockowych utworów. Nie licząc parę niedoróbek w postaci prymitywnych efektów cyfrowych, czy zbyt widocznych kaskaderów do dziś ogląda się to z zapartym tchem. Czuć skalę, widać sporo plenerów z masą statystów, sceny akcji są ładnie sfilmowane, dynamiczne i chwilami brutalne. Dostajemy tutaj zarówno pojedynki na katany, infiltracje bazy wroga, bitwy, pościgi pełne eksplozji, czy akrobacje. Bohaterowie przez większość czasu podróżują i co chwila natykają się na kolejne niebezpieczeństwo, cały czas coś się dzieje. 
Scenografia, czy kostiumy wyglądają naprawdę dobrze. Gorzej już z perukami, w paru ujęciach widać bardzo wyraźnie gumę dzielącą sztuczne włosy od skóry aktora.

Fabuła jest prosta w śledzeniu, a dialogi wystarczająco skrótowe i rzeczowe, aby nas nie odciągały od akcji. Największym minusem Ośmiu wspaniałych. Straży przybocznej młodego szoguna są bohaterowie. Tylko protagonista, czyli lider grupy ma jakąś interesującą osobowość i własną historię, cała reszta jest dwuwymiarowa - większość członków tytułowej straży zlewa się ze sobą, postacie drugoplanowe mają niejasne motywacje, a tytułowy mały szogun jest najgorzej zagranym aktorem dziecięcym jakiego widziałem (piszę to bez grama przesady).

Film ma wady, ale w kategorii luźnego, rozrywkowego seansu w konwencji kina samurajskiego sprawdza się naprawdę dobrze. Łatwo dostępny w sklepach aukcyjnych za jakieś 5-10 zł, swój egzemplarz znalazłem w Media Markcie.

Ośmiu wspaniałych. Straż przyboczna młodego szoguna / Shogun's Shadow reż. Yasuo Furuhata, 1989 Kolejna recenzja zapomnianego filmu samurajskiego wydanego w Polsce za dosłowne grosze - a szkoda, bo to kawał solidnej rozrywki. Ośmiu wspaniałych. Straż przyboczna młodego szoguna (kocham ten przekombinowany polski tytuł) nie ma żadnych głębszych aspiracji, to japoński blockbuster, który ma dostarczyć masę widowiskowych scen akcji, ładnych plenerów i epickich scen batalistycznych przy akompaniamencie rockowych utworów. Nie licząc parę niedoróbek w postaci prymitywnych efektów cyfrowych, czy zbyt widocznych kaskaderów do dziś ogląda się to z zapartym tchem. Czuć skalę, widać sporo plenerów z masą statystów, sceny akcji są ładnie sfilmowane, dynamiczne i chwilami brutalne. Dostajemy tutaj zarówno pojedynki na katany, infiltracje bazy wroga, bitwy, pościgi pełne eksplozji, czy akrobacje. Bohaterowie przez większość czasu podróżują i co chwila natykają się na kolejne niebezpieczeństwo, cały czas coś się dzieje. Scenografia, czy kostiumy wyglądają naprawdę dobrze. Gorzej już z perukami, w paru ujęciach widać bardzo wyraźnie gumę dzielącą sztuczne włosy od skóry aktora. Fabuła jest prosta w śledzeniu, a dialogi wystarczająco skrótowe i rzeczowe, aby nas nie odciągały od akcji. Największym minusem Ośmiu wspaniałych. Straży przybocznej młodego szoguna są bohaterowie. Tylko protagonista, czyli lider grupy ma jakąś interesującą osobowość i własną historię, cała reszta jest dwuwymiarowa - większość członków tytułowej straży zlewa się ze sobą, postacie drugoplanowe mają niejasne motywacje, a tytułowy mały szogun jest najgorzej zagranym aktorem dziecięcym jakiego widziałem (piszę to bez grama przesady). Film ma wady, ale w kategorii luźnego, rozrywkowego seansu w konwencji kina samurajskiego sprawdza się naprawdę dobrze. Łatwo dostępny w sklepach aukcyjnych za jakieś 5-10 zł, swój egzemplarz znalazłem w Media Markcie. #Japonia, #kinosamurajskie, #kostiumowy, #akcja, #blockbuster, #widowisko, #film, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie, #OśmiuWspaniałych, #ShogunsShadow, #YasuoFuruhata, #sonnychiba, #lata80, #polmedia, #TheBestOfJapan

Dzisiaj na Netflixie wylądowały 4 filmy z serii Rurouni Kenshin. Kiedyś można było tam też oglądać serial anime, miałem swoje podejście, ale nie wciągnąłem się (plus, długość serialu mnie zniechęciła). Ciekaw za to jestem filmów, które często określane są mianem najlepszych adaptacji anime. 

Rurouni Kenshin mnie interesuje jednak nie jako adaptacją anime, a po prostu filmy samurajskie. Po obejrzeniu masy klasyków z Toshiro Mifune i Tetsuyą Nakadai mam ochotę na solidne, współczesne kino samurajskie, też nastawione bardziej na widowiskową akcję. Czy seria z Rurounim Kenshinie mi to dostarczy? Przekonam się wkrótce...

Dzisiaj na Netflixie wylądowały 4 filmy z serii Rurouni Kenshin. Kiedyś można było tam też oglądać serial anime, miałem swoje podejście, ale nie wciągnąłem się (plus, długość serialu mnie zniechęciła). Ciekaw za to jestem filmów, które często określane są mianem najlepszych adaptacji anime. Rurouni Kenshin mnie interesuje jednak nie jako adaptacją anime, a po prostu filmy samurajskie. Po obejrzeniu masy klasyków z Toshiro Mifune i Tetsuyą Nakadai mam ochotę na solidne, współczesne kino samurajskie, też nastawione bardziej na widowiskową akcję. Czy seria z Rurounim Kenshinie mi to dostarczy? Przekonam się wkrótce... #netflix, #akcja, #kinosamurajskie, #samuraj, #Japonia, #kostiumowy, #anime, #manga, #rurounikenshin

 
Nie byłem zachwycony Scorpion's Revenge, ale widzę w nim lepszy potencjał na serię filmową, aniżeli w tegorocznym Mortal Kombat - lepiej budował lore, charaktery postaci i zwyczajnie dostarczał więcej rozrywki.Dlatego cieszy mnie powstawanie Mortal Kombat Legends: Battle of The Realms. 

Nic narazie nie wiadomo poza tym, jacy aktorzy użyczą głosu jakim postaciom:  Jordan Rodrigues (Liu Kang), Patrick Seitz (Scorpion/Hanzo Hasashi), Artt Butler (Shang Tsung, Cyrax), Robin Atkin Downes (Shinook, Reiko), Dave B. Mitchell (Raiden, Kintaro, Sektor), Ike Amadi (Jax Briggs, One Being), Grey Griffin (Kitana, Satoshi Hasashi, Mileena) oraz Fred Tatascoire (Shao Khan). Nowymi twarzami na pokładzie będą Matthew Mercer (Stryker, Smoke), Bayardo De Murguia (Sub-Zero/Kuai Liang), Matt Yang (Kung Lao), Emily O'Brien (Jade) oraz Debra Wilson (D'Vorah). Premiera już za 2 miesiące!

Szkoda, że Mortal Kombat Legends w przeciwieństwie do animacji DC nie doczekało się polskiego dystrybutora, ale może wkrótce się to zmieni.

Nie byłem zachwycony Scorpion's Revenge, ale widzę w nim lepszy potencjał na serię filmową, aniżeli w tegorocznym Mortal Kombat - lepiej budował lore, charaktery postaci i zwyczajnie dostarczał więcej rozrywki.Dlatego cieszy mnie powstawanie Mortal Kombat Legends: Battle of The Realms. Nic narazie nie wiadomo poza tym, jacy aktorzy użyczą głosu jakim postaciom: Jordan Rodrigues (Liu Kang), Patrick Seitz (Scorpion/Hanzo Hasashi), Artt Butler (Shang Tsung, Cyrax), Robin Atkin Downes (Shinook, Reiko), Dave B. Mitchell (Raiden, Kintaro, Sektor), Ike Amadi (Jax Briggs, One Being), Grey Griffin (Kitana, Satoshi Hasashi, Mileena) oraz Fred Tatascoire (Shao Khan). Nowymi twarzami na pokładzie będą Matthew Mercer (Stryker, Smoke), Bayardo De Murguia (Sub-Zero/Kuai Liang), Matt Yang (Kung Lao), Emily O'Brien (Jade) oraz Debra Wilson (D'Vorah). Premiera już za 2 miesiące! Szkoda, że Mortal Kombat Legends w przeciwieństwie do animacji DC nie doczekało się polskiego dystrybutora, ale może wkrótce się to zmieni. #mortalkombat, #scorpionsrevenge, #animacja, #anime, #kreskówka, #bajkidlarosołych, #akcja, #gra, #adaptacja, #Mk, #mortalkombatlegends

Legendy wyspy labiryntu
aut. Stefan Weinfeld i Jerzy Wróblewski, 1989

Jeszcze pozostańmy chwilę w realiach mitów greckich. Tym razem coś nostalgicznego dla starszych, polskich fanów komiksów. Legendy wyspy labiryntu miały być pierwszą odsłoną cyklu polskich komiksów adaptujących historie greckich herosów. Niestety autorzy - Stefan Weinfeld i Jerzy Wróblewski - zmarli kolejno w 1990 i 1991 roku.

Trudno tu mówić o jakiejkolwiek fabule, czy postaciach - to po prostu zlepek mitów opowiedzianych bardzo skrótowo. Akcja gna na złamanie karku, co chwila mamy przeskoki czasowe, śledzimy innego bohatera. Przez to nagromadzenie wątków w króciutkim komiksie, nie da się zaangażować emocjonalnie, bo postacie są wyprane z charakteru i motywacji, a historia opowiedziana po łebkach. Ale jednocześnie trudno się tutaj nudzić, bo praktycznie cały czas coś się dzieje. Miłym elementem jest duża wierność względem mitów - nie pominięto nawet tak kuriozalnych motywów jak romans kobiety z bykiem (odsyłam zdjęcie).

Oprawa wizualna jest najmocniejszą stroną komiksu. Realistyczne rysunki Jerzego Wróblewskiego z dokładnym odzwierciedleniem ludzkiej anatomii, przejrzyste kadry, przyjemna paleta barw, specyfika starych komiksów - do dziś ogląda się to przyjemnie. Btw. Czy to mi Tezeusz z twarzy przypomina Elvisa Presleya (3 i 4 zdjęcie)?

Legendy wyspy labiryntu są raczej ciekawostką dla koneserów starych, polskich komiksów, aniżeli dziełem porażającym głębią, czy dostarczającym silnych emocji. Miło na chwilę cofnąć się w czasie i popatrzeć na ładną kreskę, ale lepiej nie przepłacać (ja zapłaciłem za swój egzemplarz 5 zł)

Legendy wyspy labiryntu aut. Stefan Weinfeld i Jerzy Wróblewski, 1989 Jeszcze pozostańmy chwilę w realiach mitów greckich. Tym razem coś nostalgicznego dla starszych, polskich fanów komiksów. Legendy wyspy labiryntu miały być pierwszą odsłoną cyklu polskich komiksów adaptujących historie greckich herosów. Niestety autorzy - Stefan Weinfeld i Jerzy Wróblewski - zmarli kolejno w 1990 i 1991 roku. Trudno tu mówić o jakiejkolwiek fabule, czy postaciach - to po prostu zlepek mitów opowiedzianych bardzo skrótowo. Akcja gna na złamanie karku, co chwila mamy przeskoki czasowe, śledzimy innego bohatera. Przez to nagromadzenie wątków w króciutkim komiksie, nie da się zaangażować emocjonalnie, bo postacie są wyprane z charakteru i motywacji, a historia opowiedziana po łebkach. Ale jednocześnie trudno się tutaj nudzić, bo praktycznie cały czas coś się dzieje. Miłym elementem jest duża wierność względem mitów - nie pominięto nawet tak kuriozalnych motywów jak romans kobiety z bykiem (odsyłam zdjęcie). Oprawa wizualna jest najmocniejszą stroną komiksu. Realistyczne rysunki Jerzego Wróblewskiego z dokładnym odzwierciedleniem ludzkiej anatomii, przejrzyste kadry, przyjemna paleta barw, specyfika starych komiksów - do dziś ogląda się to przyjemnie. Btw. Czy to mi Tezeusz z twarzy przypomina Elvisa Presleya (3 i 4 zdjęcie)? Legendy wyspy labiryntu są raczej ciekawostką dla koneserów starych, polskich komiksów, aniżeli dziełem porażającym głębią, czy dostarczającym silnych emocji. Miło na chwilę cofnąć się w czasie i popatrzeć na ładną kreskę, ale lepiej nie przepłacać (ja zapłaciłem za swój egzemplarz 5 zł) #komiks, #StefanWeinfeld, #JerzyWróblewski, #mity, #mitygreckie, #mitologia, #mitologiagrecka, #polska, #Legendywyspylabiryntu, #kaw, #krajowaagencjawydawnicza, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie

Obecność 3: Na rozkaz diabła / Conjuring: The Devil Made Me Do It
reż. Michael Chaves, 2021

Michael Chaves nie ma takiej ręki do straszenia jak James Wan, jego jump scary są mniej pomysłowe i gorzej wyreżyserowane. Odnoszę jednak wrażenie, że sam reżyser zdawał sobie z tego sprawę i zamiast powielać Wana, spróbował zrobić coś innego. Tym razem nie mamy do czynienia z nawiedzonym domem, ale ze śledztwem, podczas którego bohaterowie spróbują rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw i rytuałów. Tym razem głównym antagonistą nie jest żaden konkretny demon/duch, tylko osoba, która je przywołuje. Nie jest to oczywiście nic przełomowego, ale jest to miła odmiana w stosunku do serii.

Obecność 3 najlepiej pokazuje mocną stronę łączonego uniwersum. Trochę jak z filmami Marvela - nie musi to być najbardziej ambitny film, kreatywny, czy dopracowany - grunt, żeby byli tam bohaterowie do których lubimy wracać. Takimi są właśnie Warrenowie. Patrick Willson i Vera Farminga mają w sobie tyle wdzięku, charyzmy, a między nimi czuć tyle chemii, że samo oglądanie ich przynosi masę przyjemności. Uwielbiam patrzeć jak współpracują ze sobą, jak z najszczerszymi intencjami pomagają ludziom, jak pokonują zło dzięki swojej sile miłości. Gdyby w ich miejsce postawić kogoś innego, postacie których nie znałbym, całość działała by dużo gorzej. Dzięki temu, że mam sporą sympatię do Warrenów, automatycznie bardziej angażuję się w seans. Tym bardziej, że Obecność 3 przywiązuje do nich większą wagę.

Podoba mi się w tej serii, że w większości noszą pozytywne przesłanie. Zawsze obserwujemy sympatycznych bohaterów, którzy wzajemnie się wspierają, darzą siebie silnym uczuciem dające im siłę w kryzysowych sytuacjach. 

Jeżeli macie sympatię do tego cyklu (i przede wszystkim do postaci), nie oczekujecie najbardziej wyszukanych jump scare'ów, a po prostu luźnego horrorowego seansu z odrobiną upiorów i okultyzmu będziecie raczej zadowoleni.

Obecność 3: Na rozkaz diabła / Conjuring: The Devil Made Me Do It reż. Michael Chaves, 2021 Michael Chaves nie ma takiej ręki do straszenia jak James Wan, jego jump scary są mniej pomysłowe i gorzej wyreżyserowane. Odnoszę jednak wrażenie, że sam reżyser zdawał sobie z tego sprawę i zamiast powielać Wana, spróbował zrobić coś innego. Tym razem nie mamy do czynienia z nawiedzonym domem, ale ze śledztwem, podczas którego bohaterowie spróbują rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw i rytuałów. Tym razem głównym antagonistą nie jest żaden konkretny demon/duch, tylko osoba, która je przywołuje. Nie jest to oczywiście nic przełomowego, ale jest to miła odmiana w stosunku do serii. Obecność 3 najlepiej pokazuje mocną stronę łączonego uniwersum. Trochę jak z filmami Marvela - nie musi to być najbardziej ambitny film, kreatywny, czy dopracowany - grunt, żeby byli tam bohaterowie do których lubimy wracać. Takimi są właśnie Warrenowie. Patrick Willson i Vera Farminga mają w sobie tyle wdzięku, charyzmy, a między nimi czuć tyle chemii, że samo oglądanie ich przynosi masę przyjemności. Uwielbiam patrzeć jak współpracują ze sobą, jak z najszczerszymi intencjami pomagają ludziom, jak pokonują zło dzięki swojej sile miłości. Gdyby w ich miejsce postawić kogoś innego, postacie których nie znałbym, całość działała by dużo gorzej. Dzięki temu, że mam sporą sympatię do Warrenów, automatycznie bardziej angażuję się w seans. Tym bardziej, że Obecność 3 przywiązuje do nich większą wagę. Podoba mi się w tej serii, że w większości noszą pozytywne przesłanie. Zawsze obserwujemy sympatycznych bohaterów, którzy wzajemnie się wspierają, darzą siebie silnym uczuciem dające im siłę w kryzysowych sytuacjach. Jeżeli macie sympatię do tego cyklu (i przede wszystkim do postaci), nie oczekujecie najbardziej wyszukanych jump scare'ów, a po prostu luźnego horrorowego seansu z odrobiną upiorów i okultyzmu będziecie raczej zadowoleni. #Obecność, #conjuring, #horror, #patrickwilson, #verafarmiga, #jameswan, #michaelchaves, #duchy, #demony, #okultyzm, #opętania, #egzorcyzmy, #film, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie, #WarnerBros, #wb

Jakiś czas temu Andy Muschietti podzielił się zdjęciem fragmentu kostiumu Batmana, to teraz mamy Flasha. Od czasu pierwszej grafiki promocyjnej było wiadomo, że kostium Barry'ego Allena może uleć pewnym zmianom. Naturalne, jeżeli chcą odciąć się od Snyderverse, ale chcą nadal mieć Ezrę Millera, dobrze byłoby chociaż zmienić kostium. Trudno wiele powiedzieć poza tym, że będzie miał widocznie inną fakturę. Poprzedni strój był dla mnie okej - rozumiem dlaczego go uwspółcześnili, trudno dobrze przenieść komiksowy kostium Flasha, tak aby wyglądał dobrze na ekranie. Dlatego pokuszono się wtedy o połączenie stroju łyżwiarza szybkiego (łącznie z całą koordynacją ruchu) z rycerską zbroją. 

Ja mam nadzieję, że przywrócą żółte błyskawice przy speed force. Niebieskie może są bardziej "realistyczne", ale źle się komponowały z żółtymi błyskawicami na kostiumie Flasha.

Jakiś czas temu Andy Muschietti podzielił się zdjęciem fragmentu kostiumu Batmana, to teraz mamy Flasha. Od czasu pierwszej grafiki promocyjnej było wiadomo, że kostium Barry'ego Allena może uleć pewnym zmianom. Naturalne, jeżeli chcą odciąć się od Snyderverse, ale chcą nadal mieć Ezrę Millera, dobrze byłoby chociaż zmienić kostium. Trudno wiele powiedzieć poza tym, że będzie miał widocznie inną fakturę. Poprzedni strój był dla mnie okej - rozumiem dlaczego go uwspółcześnili, trudno dobrze przenieść komiksowy kostium Flasha, tak aby wyglądał dobrze na ekranie. Dlatego pokuszono się wtedy o połączenie stroju łyżwiarza szybkiego (łącznie z całą koordynacją ruchu) z rycerską zbroją. Ja mam nadzieję, że przywrócą żółte błyskawice przy speed force. Niebieskie może są bardziej "realistyczne", ale źle się komponowały z żółtymi błyskawicami na kostiumie Flasha. #flash, #batman, #andymuschietti, #ezramiller, #michaelkeaton, #dc, #dceu,

 
Odyseja / The Odyssey
reż. Andriej Konczałowski, 1997

Odyseja jest jedną z bardziej udanych prób przełożenia mitów greckich na język filmu. To telewizyjna megaprodukcja Hallmarku, w którą zainwestowano sporo pieniędzy (40 mln), zaangażowano kilka hollywoodzkich gwiazd i wydano w formie miniserialu (i na DVD  3-godzinnego filmu).

Co mi się podoba w Odysei z 1997, to że próbuje oddać pierwotne założenie mitów greckich, które miały opowiadać niezwykłe historie nadludzkich czynów, ludzi skazanych na kaprysy bogów, przeżywających dziwne przygody pełne symboliki i umowności. Tutaj śledzimy historię Odyseusza i Penelopy, którzy zostali rozdzieleni przez Posejdona na 20 lat - Odyseusz tuła się po całym świecie mierząc się z różnymi potworami i bóstwami, a Penelopa musi znosić szantaże, prowokacje ze strony adoratorów. W obu przypadkach czujemy brzemię jakie dźwigają na barkach. Faktycznie można się wciągnąć w dramat bohaterów, przejmować się ich losem, co w filmach mitologicznych się nie zdarza. 

Armand Assante w roli Odyseusza wypadł świetnie. Bardzo dobrze oddał męskość swojego bohatera, jego królewską charyzmę, oraz miłość do rodziny. Zwykle narracja z offu wypada topornie, ale w tym przypadku, z przejmującym głosem Assante zadziałało i pasowało do wymiaru mitologicznego historii. Drugi plan wypada różnie - niektórzy przekonywująco (Christopher Lee, Greta Sacchi), a niektórzy bardzo teatralnie (Isabella Rossellini, Vanessa Williams). 

Film nie boi się pokazać tak abstrakcyjnych scen, jak bóg łapiący wiatr do worka, czy Posejdon jako fala z ludzką twarzą. Efekty specjalne są bardzo nierówne, podobnie jak cała realizacja. Na przemian mamy sceny żywcem wzięte z Herculesa z Kevinem Sorbo (plastikowe rekwizyty, żałosne CGI), a czasem naprawdę ładne widoki zrealizowane z rozmachem (zdjęcia, animatronika, plenery, ilość statystów).

Odyseja przywiązuje wagę do najważniejszych elementów - świata i bohaterów - dzięki czemu seans angażuje i łatwiej znieść pewne niedociągnięcia.

Odyseja / The Odyssey reż. Andriej Konczałowski, 1997 Odyseja jest jedną z bardziej udanych prób przełożenia mitów greckich na język filmu. To telewizyjna megaprodukcja Hallmarku, w którą zainwestowano sporo pieniędzy (40 mln), zaangażowano kilka hollywoodzkich gwiazd i wydano w formie miniserialu (i na DVD 3-godzinnego filmu). Co mi się podoba w Odysei z 1997, to że próbuje oddać pierwotne założenie mitów greckich, które miały opowiadać niezwykłe historie nadludzkich czynów, ludzi skazanych na kaprysy bogów, przeżywających dziwne przygody pełne symboliki i umowności. Tutaj śledzimy historię Odyseusza i Penelopy, którzy zostali rozdzieleni przez Posejdona na 20 lat - Odyseusz tuła się po całym świecie mierząc się z różnymi potworami i bóstwami, a Penelopa musi znosić szantaże, prowokacje ze strony adoratorów. W obu przypadkach czujemy brzemię jakie dźwigają na barkach. Faktycznie można się wciągnąć w dramat bohaterów, przejmować się ich losem, co w filmach mitologicznych się nie zdarza. Armand Assante w roli Odyseusza wypadł świetnie. Bardzo dobrze oddał męskość swojego bohatera, jego królewską charyzmę, oraz miłość do rodziny. Zwykle narracja z offu wypada topornie, ale w tym przypadku, z przejmującym głosem Assante zadziałało i pasowało do wymiaru mitologicznego historii. Drugi plan wypada różnie - niektórzy przekonywująco (Christopher Lee, Greta Sacchi), a niektórzy bardzo teatralnie (Isabella Rossellini, Vanessa Williams). Film nie boi się pokazać tak abstrakcyjnych scen, jak bóg łapiący wiatr do worka, czy Posejdon jako fala z ludzką twarzą. Efekty specjalne są bardzo nierówne, podobnie jak cała realizacja. Na przemian mamy sceny żywcem wzięte z Herculesa z Kevinem Sorbo (plastikowe rekwizyty, żałosne CGI), a czasem naprawdę ładne widoki zrealizowane z rozmachem (zdjęcia, animatronika, plenery, ilość statystów). Odyseja przywiązuje wagę do najważniejszych elementów - świata i bohaterów - dzięki czemu seans angażuje i łatwiej znieść pewne niedociągnięcia. #odyseja, #theodyssey, #mity, #mitologia, #mitygreckie, #mitologiagrecka, #HALLMARK,, #lata90, #ArmandAssante, #fantasy, #fantastyka, #film, #miniserial, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie

Jojo's Bizarre Adventure
prod. David Production, 2012-2013

Zacząłem nadrabiać na Netflixie serial Jojo's Bizzare Adventure, jeden z najbardziej memogennych anime.

To produkcja, która może szczególnie zaintrygować fanów anime z lat 80 i 90. To w gruncie rzeczy parodia anime nastawionych na akcję pokroju Fist of the North Star, czy Berserk - gdzie bohaterowie są super męscy i prowadzą ze sobą epickie pojedynki pełne bryzgającej krwi. 

Wszystko w Jojo's Bizarre Adventure jest przegięte do absurdalnego poziomu i balansuje między męskością, a homoerotyzmem. Każdy bohater to chodząca góra mięsa wykrzykująca patetyczne hasła o honorze i ratowaniu świata, a jednocześnie wszyscy noszą kolorowe, obcisłe stroje, przybierają dziwne pozy. Historie pełne są klisz znanych z najróżniejszych anime - wszystko jest tak mocno nagromadzone, przerysowane i doprowadzone do takiego absurdu, że to autentycznie bawi. Jeszcze bardziej śmieszy absolutna powaga z jaką bohaterowie do tego podchodzą, wszystko jest przedramatyzowane do komicznego poziomu.

Ciekawym pomysłem jest opowiedzenie historii nie jednego bohatera, ale całego rodu Joestarów. To sprawia, że obserwujemy wydarzenia na przestrzeni wielu lat - widzimy jak bohaterowie się starzeją, zakładają rodziny, umierają i powstaje kolejne pokolenie. Dzięki temu realia się zmieniają, tematyka, postacie, przez co mamy miłą różnorodność. Jednocześnie postarano się, aby każda epoka miała swój klimat i motyw przewodni. 

Z warstwą wizualną jest różnie. Bardzo podoba mi się wykorzystanie kolorów - są neonowe, krzykliwe, zmieniają się w zależności od emocji bohaterów.  Projekty postaci się różnorodne, odpowiednio przegięte i ładnie oddają urok anime z lat 80. Jak na anime nastawione na akcję ma zaskakująco drętwą animację - dużo tutaj nieruchomych kadrów, klatkowania. Paradoksalnie sceny akcji są najsłabszym elementem Jojo's Bizzare Adventure.

Serial warty obejrzenia. 1 sezon jest dynamiczny, pełen ciekawych zwrotów, humoru, oraz niezapomnianych momentów, które zapisały się w historii Internetu.

Jojo's Bizarre Adventure prod. David Production, 2012-2013 Zacząłem nadrabiać na Netflixie serial Jojo's Bizzare Adventure, jeden z najbardziej memogennych anime. To produkcja, która może szczególnie zaintrygować fanów anime z lat 80 i 90. To w gruncie rzeczy parodia anime nastawionych na akcję pokroju Fist of the North Star, czy Berserk - gdzie bohaterowie są super męscy i prowadzą ze sobą epickie pojedynki pełne bryzgającej krwi. Wszystko w Jojo's Bizarre Adventure jest przegięte do absurdalnego poziomu i balansuje między męskością, a homoerotyzmem. Każdy bohater to chodząca góra mięsa wykrzykująca patetyczne hasła o honorze i ratowaniu świata, a jednocześnie wszyscy noszą kolorowe, obcisłe stroje, przybierają dziwne pozy. Historie pełne są klisz znanych z najróżniejszych anime - wszystko jest tak mocno nagromadzone, przerysowane i doprowadzone do takiego absurdu, że to autentycznie bawi. Jeszcze bardziej śmieszy absolutna powaga z jaką bohaterowie do tego podchodzą, wszystko jest przedramatyzowane do komicznego poziomu. Ciekawym pomysłem jest opowiedzenie historii nie jednego bohatera, ale całego rodu Joestarów. To sprawia, że obserwujemy wydarzenia na przestrzeni wielu lat - widzimy jak bohaterowie się starzeją, zakładają rodziny, umierają i powstaje kolejne pokolenie. Dzięki temu realia się zmieniają, tematyka, postacie, przez co mamy miłą różnorodność. Jednocześnie postarano się, aby każda epoka miała swój klimat i motyw przewodni. Z warstwą wizualną jest różnie. Bardzo podoba mi się wykorzystanie kolorów - są neonowe, krzykliwe, zmieniają się w zależności od emocji bohaterów. Projekty postaci się różnorodne, odpowiednio przegięte i ładnie oddają urok anime z lat 80. Jak na anime nastawione na akcję ma zaskakująco drętwą animację - dużo tutaj nieruchomych kadrów, klatkowania. Paradoksalnie sceny akcji są najsłabszym elementem Jojo's Bizzare Adventure. Serial warty obejrzenia. 1 sezon jest dynamiczny, pełen ciekawych zwrotów, humoru, oraz niezapomnianych momentów, które zapisały się w historii Internetu. #jojosbizzareadventure, #anime, #seinen, #shonen, #komedia, #parodia, #jojo, #netflix, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie, #serial

Zack Snyder lubi mity i zdaje się, że polubił streaming, bo właśnie ogłoszono że tworzy dla Netflixa animowany serial Twilight of the Gods osadzony w realiach mitów nordyckich. Poznaliśmy już obsadę w której znalazło się kilka niezłych nazwisk. Ciekawe, czy będziemy mieli do czynienia z wysokobudżetową produkcją z fotorealistyczną animacją na miarę Legend sowiego królestwa (najbardziej chyba zapomniany film Snydera, a szkoda).

Zack Snyder lubi mity i zdaje się, że polubił streaming, bo właśnie ogłoszono że tworzy dla Netflixa animowany serial Twilight of the Gods osadzony w realiach mitów nordyckich. Poznaliśmy już obsadę w której znalazło się kilka niezłych nazwisk. Ciekawe, czy będziemy mieli do czynienia z wysokobudżetową produkcją z fotorealistyczną animacją na miarę Legend sowiego królestwa (najbardziej chyba zapomniany film Snydera, a szkoda). #ZackSnyder, #GeekedWeek, #animacja, #kreskówka, #mity, #mitologia, #mitologianordycka, #mitynordyckie, #odyn, #thor, #loki, #netflix

Pamięta ktoś jeszcze Bright? Ten pierwszy duży film Netflixa, który miał być konkurencją dla kinowych blockbusterów, był wszędzie reklamowany (hasłami pokroju "Wkrótce w... sypialni Twojej babci"), miał być wstępem do wielkiego uniwersum, ale ostatecznie na nikim nie wywarł wrażenia i przez długi czas nie było żadnych informacji o kolejnych częściach, spin-offach itd? Okazuje się, że jednak coś rusza, bo w ramach Geeked Week ogłoszono film anime Bright: Samurai Sword w reżyserii Kyohei Ishiguro (odpowiadał wcześniej za Psycho-Pass i Your lie in April). Anime odejdzie jednak od założenia filmu z Willem Smithem i zamiast osadzać tolkienowskie rasy we współczesnych realiach, osadzi je w feudalnej Japonii. Nie wiem czy jest jeszcze sens wracania do Bright i czy cokolwiek ciekawego wyniknie z osadzenia orków i elfów w świecie samurajów, ale twórca utalentowany i grafika ładna.

Pamięta ktoś jeszcze Bright? Ten pierwszy duży film Netflixa, który miał być konkurencją dla kinowych blockbusterów, był wszędzie reklamowany (hasłami pokroju "Wkrótce w... sypialni Twojej babci"), miał być wstępem do wielkiego uniwersum, ale ostatecznie na nikim nie wywarł wrażenia i przez długi czas nie było żadnych informacji o kolejnych częściach, spin-offach itd? Okazuje się, że jednak coś rusza, bo w ramach Geeked Week ogłoszono film anime Bright: Samurai Sword w reżyserii Kyohei Ishiguro (odpowiadał wcześniej za Psycho-Pass i Your lie in April). Anime odejdzie jednak od założenia filmu z Willem Smithem i zamiast osadzać tolkienowskie rasy we współczesnych realiach, osadzi je w feudalnej Japonii. Nie wiem czy jest jeszcze sens wracania do Bright i czy cokolwiek ciekawego wyniknie z osadzenia orków i elfów w świecie samurajów, ale twórca utalentowany i grafika ładna. #bright, #netflix, #anime, #animacja, #kreskówka, #Japonia, #samuraje, #GeekedWeek, #fantasy

 
Wylądował bardzo fajny zwiastunik nowego He-Mana. Ładnie nawiązuje do estetyki oryginalnej serii, ale jednocześnie przypudrowuje ją na tyle, aby wyglądało to cool z dzisiejszej perspektywy. Mamy mrugnięcia okiem do lat 80 w postaci piosenki ("Holding Out For a Hero") i logo, wiernie przeniesione wszystkie kolorowe kostiumy i lokacje, śliczną kreskę Powerhouse Animation Studio, oraz świetnego Marka Hamilla w roli Szkieletora.

Wylądował bardzo fajny zwiastunik nowego He-Mana. Ładnie nawiązuje do estetyki oryginalnej serii, ale jednocześnie przypudrowuje ją na tyle, aby wyglądało to cool z dzisiejszej perspektywy. Mamy mrugnięcia okiem do lat 80 w postaci piosenki ("Holding Out For a Hero") i logo, wiernie przeniesione wszystkie kolorowe kostiumy i lokacje, śliczną kreskę Powerhouse Animation Studio, oraz świetnego Marka Hamilla w roli Szkieletora. #heman, #mastersoftheuniverse, #mastersoftheuniverserevelation, #markhamill, #netflix, #animacja, #kreskówka, #nostalgia, #lata80, #GeekedWeek

Subscribe to our notifications

Join the community of users with the latest news from all social networks!