szmyrgol.movie (szmyrgol.movie) instagram photos and videos

szmyrgol.movie
szmyrgol.movie

O czym mówi Szmyrgol-movie? Mówi o fantastyce, komiksach, grach, jednak najwięcej o kinie. Ja, Szmyrgol, zapraszam do śledzenia bloga.

followers count:  50
followers rank: 0
likes count:  3,680
like rank:  0

Hype medias

Account rate

Mathematical model that shows the popularity of an account relative to others.

Statistics

0
Average likes per post
0
Average comments per post

Photos and videos ratio

0% videos
100% photos
Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni osiąga kasowy sukces.

Otwarcie w Stanach przewidywano na poziomie 40-50 mln, ale film zarobił aż 75,4 mln, a w drugi weekend zaliczył mały spadek na poziomie 53%, czyli 35,8 mln. Obecnie Shang-Chi zarobił na całym świecie 257 mln. Widowisko Marvela narazie nie trafiło na rynek chiński i już raczej trafi - przed premierą było trochę kontrowersji na temat rzekomych chińskich stereotypów w filmie, aktorów nie wpisujących się w "chiński kanon urody', a teraz rozgłośniono wywiad ze Simu Liu z 2017 roku w którym krytykował Chiny. 
Trudno jednoznacznie oszacować budżet filmu, bo różne źródła podają różne dane, ale najczęściej pada kwota 150 mln i 200 mln. 

Cieszy mnie to z kilku powodów. 
Shang-Chi jest pierwszym widowiskiem Disneya , które ostatnimi czasy nie doczekało się hybrydowej dystrybucji, tylko trafiło wyłącznie do kin ("eksperyment" jak to ujął szef Disneya). Czarna Wdowa chociaż zaliczyła lepsze otwarcie, miała za to duży spadek w drugi weekend (68%), co prawdopodobnie wynikało z jednoczesnej premiery na Disney+. To pokazuje, że dystrybucja hybrydowa faktycznie działa niekorzystnie na kinowe zarobki. Sukces kinowy Shang-Chi może zachęcić inne wytwórnie do klasycznej, wyłącznie kinowej dystrybucji swoich największych filmów.

Shang-Chi także otwiera się na mniejszości, w postaci aktorów pochodzenia azjatyckiego, dał szansę wielu młodym, początkującym i utalentowanym azjatyckim aktorom wykazać się, dotrzeć do mainstreamowej widowni. Może to być film na przetarcie pewnego szlaku w obecnym Hollywood. Max Landis w 2017 roku przy okazji aktorskiego Ghost in the Shell brutalnie wyznał, że nie ma miejsca dla azjatyckich aktorów w pierwszoplanowych rolach w świecie amerykańskich blockbusterów. Być może Shang-Chi pokazuje, że najbardziej można stworzyć hollywoodzkie, kinowe widowisko składające się wyłącznie z azjatyckich aktorów. Oczywiście wynika to z faktu, że jest to produkcja Marvela, ale od czegoś trzeba było zacząć na przełamanie, a najlepiej od najbardziej rozchwytywanej obecnie franczyzy.

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni osiąga kasowy sukces. Otwarcie w Stanach przewidywano na poziomie 40-50 mln, ale film zarobił aż 75,4 mln, a w drugi weekend zaliczył mały spadek na poziomie 53%, czyli 35,8 mln. Obecnie Shang-Chi zarobił na całym świecie 257 mln. Widowisko Marvela narazie nie trafiło na rynek chiński i już raczej trafi - przed premierą było trochę kontrowersji na temat rzekomych chińskich stereotypów w filmie, aktorów nie wpisujących się w "chiński kanon urody', a teraz rozgłośniono wywiad ze Simu Liu z 2017 roku w którym krytykował Chiny. Trudno jednoznacznie oszacować budżet filmu, bo różne źródła podają różne dane, ale najczęściej pada kwota 150 mln i 200 mln. Cieszy mnie to z kilku powodów. Shang-Chi jest pierwszym widowiskiem Disneya , które ostatnimi czasy nie doczekało się hybrydowej dystrybucji, tylko trafiło wyłącznie do kin ("eksperyment" jak to ujął szef Disneya). Czarna Wdowa chociaż zaliczyła lepsze otwarcie, miała za to duży spadek w drugi weekend (68%), co prawdopodobnie wynikało z jednoczesnej premiery na Disney+. To pokazuje, że dystrybucja hybrydowa faktycznie działa niekorzystnie na kinowe zarobki. Sukces kinowy Shang-Chi może zachęcić inne wytwórnie do klasycznej, wyłącznie kinowej dystrybucji swoich największych filmów. Shang-Chi także otwiera się na mniejszości, w postaci aktorów pochodzenia azjatyckiego, dał szansę wielu młodym, początkującym i utalentowanym azjatyckim aktorom wykazać się, dotrzeć do mainstreamowej widowni. Może to być film na przetarcie pewnego szlaku w obecnym Hollywood. Max Landis w 2017 roku przy okazji aktorskiego Ghost in the Shell brutalnie wyznał, że nie ma miejsca dla azjatyckich aktorów w pierwszoplanowych rolach w świecie amerykańskich blockbusterów. Być może Shang-Chi pokazuje, że najbardziej można stworzyć hollywoodzkie, kinowe widowisko składające się wyłącznie z azjatyckich aktorów. Oczywiście wynika to z faktu, że jest to produkcja Marvela, ale od czegoś trzeba było zacząć na przełamanie, a najlepiej od najbardziej rozchwytywanej obecnie franczyzy. #shangchi, #marvel, #mcu, #boxoffice, #superhero, #superbohaterowie, #Azja, #SimuLiu, #Awkwafina, #szmyrgol, #szmyrgolmovie

Postscriptum do mojej recenzji Shang-Chi.

Wspominałem, że to wciąż film MCU, ale elementy charakterystyczne dla produkcji Marvela są inteligentniej rozstawione. Nie wspomniałem o jednej rzeczy, która mi się podobała, czyli jak Shang-Chi powiązany jest z Marvel Cinematic Universe. Wszelkie nawiązania są dosyć skromne i subtelne. Nie trzeba niczego nadrabiać przed seansem Shang-Chi, mieć jakąkolwiek wiedzę. Jak ktoś po prostu chce zobaczyć fajne kinowe widowisko łączące zachodnie i wschodnie elementy to spokojnie może obejrzeć. 

W filmie gościnnie pojawiają się poboczne postacie ze świata Marvela jak Abomination, Wong, czy Trevor (Mandaryn z Iron Mana 3), ale są to bardzo ograniczone występy. W przypadku Abomination i Wonga działają po prostu jako elementy świata, widzimy ich podczas podziemnych walk, przypominając o tym, że w świecie przedstawionym istnieją istoty nadnaturalne. Postać grana przez Bena Kingsleya dostała więcej czasu i już bezpośrednio odwołuje się do wydarzeń z Iron Mana 3, ale działa to też po prostu jako element postaci którą gra - jest niepoczytalny, posiada dziwaczną i skomplikowaną przeszłość, więc całą jego absurdalną historię można potraktować jako majak, razem z jego przemyśleniami nad Planetą Małp (mój ulubiony żart w filmie). W Shang-Chi też pada malutka wzmianka pstryknięcia Thanosa, tylko że jest to ujęte tak subtelnie, że równie można potraktować to tylko jako hipotezę "Nigdy nie wiadomo co się może zdarzyć, może nagle połowa populacji wyparować". Jest tak skrótowo przytoczone, że łatwo ją nawet przegapić. 

Najbardziej bezpośrednie, mocne powiązanie pojawia się dopiero w trakcie napisów końcowych. Pojawia się nagle Bruce Banner, Kapitan Marvel, zapowiadają zbliżające się większe zagrożenie oraz istotną rolę Shang-Chi i Kate w przyszłości. Zwykle mnie najbardziej drażnią tego typu powiazania, gdyby nie fakt, że jest to scena po napisach. To jest tylko bonus, nic co trzeba obejrzeć, albo myśleć w kontekście całego filmu.

Postscriptum do mojej recenzji Shang-Chi. Wspominałem, że to wciąż film MCU, ale elementy charakterystyczne dla produkcji Marvela są inteligentniej rozstawione. Nie wspomniałem o jednej rzeczy, która mi się podobała, czyli jak Shang-Chi powiązany jest z Marvel Cinematic Universe. Wszelkie nawiązania są dosyć skromne i subtelne. Nie trzeba niczego nadrabiać przed seansem Shang-Chi, mieć jakąkolwiek wiedzę. Jak ktoś po prostu chce zobaczyć fajne kinowe widowisko łączące zachodnie i wschodnie elementy to spokojnie może obejrzeć. W filmie gościnnie pojawiają się poboczne postacie ze świata Marvela jak Abomination, Wong, czy Trevor (Mandaryn z Iron Mana 3), ale są to bardzo ograniczone występy. W przypadku Abomination i Wonga działają po prostu jako elementy świata, widzimy ich podczas podziemnych walk, przypominając o tym, że w świecie przedstawionym istnieją istoty nadnaturalne. Postać grana przez Bena Kingsleya dostała więcej czasu i już bezpośrednio odwołuje się do wydarzeń z Iron Mana 3, ale działa to też po prostu jako element postaci którą gra - jest niepoczytalny, posiada dziwaczną i skomplikowaną przeszłość, więc całą jego absurdalną historię można potraktować jako majak, razem z jego przemyśleniami nad Planetą Małp (mój ulubiony żart w filmie). W Shang-Chi też pada malutka wzmianka pstryknięcia Thanosa, tylko że jest to ujęte tak subtelnie, że równie można potraktować to tylko jako hipotezę "Nigdy nie wiadomo co się może zdarzyć, może nagle połowa populacji wyparować". Jest tak skrótowo przytoczone, że łatwo ją nawet przegapić. Najbardziej bezpośrednie, mocne powiązanie pojawia się dopiero w trakcie napisów końcowych. Pojawia się nagle Bruce Banner, Kapitan Marvel, zapowiadają zbliżające się większe zagrożenie oraz istotną rolę Shang-Chi i Kate w przyszłości. Zwykle mnie najbardziej drażnią tego typu powiazania, gdyby nie fakt, że jest to scena po napisach. To jest tylko bonus, nic co trzeba obejrzeć, albo myśleć w kontekście całego filmu. #shangchi, #marvel, #mcu, #superhero, #superbohaterowie, #kino, #recenzja, #SimouLiu, #Awkwafina, #michelleyeoh, #DestinDanielCretton, #chiny, #Azja, #sztukiwalki, #orient, #komiks, #szmyrgol, #szmyrgolmovie,

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni / Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings, 
reż. Destin Daniel Cretton, 2021

Shang-Chi i legenda dziesięciu Pierścieni okazał się dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. 

Film jest bardziej autorski od większości produkcji MCU - duch azjatyckiego kina jest mocno odczuwalny od samego początku (niemal połowa dialogów jest po mandaryńsku). Destin Daniel Cretton odnosi się tutaj do masy tropów z kina azjatyckiego - mamy coś z Bruce'a Lee, Jackuego Chana, kina wuxia, ale także Dragon Balla i produkcji Ghibli. Bardzo ładnie odnosi się też do kultury Azjatów, także tych żyjących w Stanach Zjednoczonych. Przemyca dużo ciekawych niuansów, elementów kultury  jest w tym spora szczerość, faktycznie widać że za filmem odpowiadali ludzie pochodzenia azjatyckiego, a nie biali z pewnymi wyobrażeniami.

Jest to cały czas film MCU że wszystkimi znanymi tropami, ale są tym razem inteligentniej rozłożone. Humor nie przerywa najbardziej dramatycznych scen, w większości przypadków nie przeszkadza, dzięki czemu czuć stawkę. Historia Shang-Chi jest naprawdę dobrze opowiedziana i angażująca. Jest w niej sporo mądrości na temat godzenia się ze swoim dziedzictwem, szukania tożsamości, radzenia sobie z traumą i relacjach rodzinnych. Zdarzają się niestety pewne uproszczenia i naiwności, ale nie psują zbyt mocno wrażenia. 

Sceny akcji może nie dorównują Raidowi, czy Hero, ale przebijają dotychczasowe filmy Marvela. Są dobrze zmontowane, płynnie sfilmowane, choreografia jest całkiem pomysłowa. Pojawiają się też bardziej marvelowe efekciarstwa, które czasami ciągną widowisko w dół, CGI momentami niedomaga, ale na szczęście angażują dzięki dobrze wykreowanym bohaterom. Postacie są bardzo ludzkie, sympatyczne, mają pewne niuanse, a najbardziej wybija się antagonista który ma bardzo zrozumiałe motywacje, łatwo mu współczuć. 

Shang-Chi ma pewne niedoskonałości, ale to wciąż moje top 5 jeśli chodzi o filmy MCU.

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni / Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings, reż. Destin Daniel Cretton, 2021 Shang-Chi i legenda dziesięciu Pierścieni okazał się dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Film jest bardziej autorski od większości produkcji MCU - duch azjatyckiego kina jest mocno odczuwalny od samego początku (niemal połowa dialogów jest po mandaryńsku). Destin Daniel Cretton odnosi się tutaj do masy tropów z kina azjatyckiego - mamy coś z Bruce'a Lee, Jackuego Chana, kina wuxia, ale także Dragon Balla i produkcji Ghibli. Bardzo ładnie odnosi się też do kultury Azjatów, także tych żyjących w Stanach Zjednoczonych. Przemyca dużo ciekawych niuansów, elementów kultury jest w tym spora szczerość, faktycznie widać że za filmem odpowiadali ludzie pochodzenia azjatyckiego, a nie biali z pewnymi wyobrażeniami. Jest to cały czas film MCU że wszystkimi znanymi tropami, ale są tym razem inteligentniej rozłożone. Humor nie przerywa najbardziej dramatycznych scen, w większości przypadków nie przeszkadza, dzięki czemu czuć stawkę. Historia Shang-Chi jest naprawdę dobrze opowiedziana i angażująca. Jest w niej sporo mądrości na temat godzenia się ze swoim dziedzictwem, szukania tożsamości, radzenia sobie z traumą i relacjach rodzinnych. Zdarzają się niestety pewne uproszczenia i naiwności, ale nie psują zbyt mocno wrażenia. Sceny akcji może nie dorównują Raidowi, czy Hero, ale przebijają dotychczasowe filmy Marvela. Są dobrze zmontowane, płynnie sfilmowane, choreografia jest całkiem pomysłowa. Pojawiają się też bardziej marvelowe efekciarstwa, które czasami ciągną widowisko w dół, CGI momentami niedomaga, ale na szczęście angażują dzięki dobrze wykreowanym bohaterom. Postacie są bardzo ludzkie, sympatyczne, mają pewne niuanse, a najbardziej wybija się antagonista który ma bardzo zrozumiałe motywacje, łatwo mu współczuć. Shang-Chi ma pewne niedoskonałości, ale to wciąż moje top 5 jeśli chodzi o filmy MCU. #shangchi, #marvel, #mcu, #superhero, #superbohaterowie, #kino, #recenzja, #SimouLiu, #Awkwafina, #michelleyeoh, #DestinDanielCretton, #chiny, #Azja, #sztukiwalki, #orient, #komiks, #szmyrgol, #szmyrgolmovie

 
Pojawił się zwiastun serii Aquaman: King of Atlantis kierowanego na HBO MAX.
Okej. Już widzę masowy ból tyłka fanów, którzy oczekują poraz setny tej samej, nudnej, sztampowej, topornej kreski co we wszystkich animacjach DC straight to video traktujących się w pełni serio i czołobitnie do komiksów. Ja za to pozostanę pewnie jedynym fanem, bo dla mnie kreskówka z Aquamanem od HBO Max zapowiada się super. Dziwna, psychodeliczna kreska, absurdalne projekty postaci, humor - wygląda jak idealne połączenie Adventure Time ze Spongebobem. Bardzo mi się podoba ten styl, bo jest bardzo wyrazisty, dziwny, inny, a jednocześnie ma bardzo płynną, dynamiczną kreskę, śliczne, intensywne kolorki (a nie nudna szarość i 6 FPS jak w wielu animacjach DC) i moim zdaniem naprawdę sympatyczne projekty postaci. No i ja w pełni propsuję Aquamana stylizowanego na Jasona Momoę - masywny, zarośnięty i śniady Aquaman powinien wejść do kanonu na dobre.

Pojawił się zwiastun serii Aquaman: King of Atlantis kierowanego na HBO MAX. Okej. Już widzę masowy ból tyłka fanów, którzy oczekują poraz setny tej samej, nudnej, sztampowej, topornej kreski co we wszystkich animacjach DC straight to video traktujących się w pełni serio i czołobitnie do komiksów. Ja za to pozostanę pewnie jedynym fanem, bo dla mnie kreskówka z Aquamanem od HBO Max zapowiada się super. Dziwna, psychodeliczna kreska, absurdalne projekty postaci, humor - wygląda jak idealne połączenie Adventure Time ze Spongebobem. Bardzo mi się podoba ten styl, bo jest bardzo wyrazisty, dziwny, inny, a jednocześnie ma bardzo płynną, dynamiczną kreskę, śliczne, intensywne kolorki (a nie nudna szarość i 6 FPS jak w wielu animacjach DC) i moim zdaniem naprawdę sympatyczne projekty postaci. No i ja w pełni propsuję Aquamana stylizowanego na Jasona Momoę - masywny, zarośnięty i śniady Aquaman powinien wejść do kanonu na dobre. #aquaman, #dc, #superhero, #superbohaterowie, #hbomax, #HBO, #komiks, #kreskówka, #animacja, #aquamankingofatlantis,

Księga dżungli i Druga księga dżungli
aut. Rudyard Kipling, 1894-1895

Każdy kojarzy disneyowską wersję Księgi Dżungli pełną humoru, piosenk i zabawnych postaci. Literacki pierwowzór mocno różni się od wersji Disneya.

Księga dżungli to zbiór opowiadań osadzonych w świecie przyrody (w większości przypadku Indii w XIX wieku). Połowa z nich dotyczy znanego powszechnie Mowgliego, a połowa zupełnie innych postaci w różnych zakątkach świata. W każdym przypadku mamy do czynienia albo ze zwierzętami, albo człowiekiem mającą bliższy kontakt ze światem zwierząt. Prawie wszystkie są bardzo interesujące, często łącząc humor z przygodą, w ciekawy sposób pokazujący struktury zwierząt, ekosystem w przyrodzie, często też ocierając się o wymiar duchowy z ekologicznym przesłaniem.

Księga dżungli to po dziś dzień zaskakująco dojrzała, inteligentnie napisana i momentami emocjonująca historia. To wręcz epicka przygoda o chłopcu przygarniętym przez wilki, który poznaje piękno przyrody i jego odkrywa duchowy wymiar. Każdy element dżungli posiada swoją legendę, mitologię tłumaczącą porządek rzeczy. Świat przyrody jest nie tylko piękny, ale też brutalny, bezlitosny wobec słabych. Kipling nie unika też cięższych tematów jak śmierć, woja, czy moralne odcieni szarości. Jeszcze ciekawiej robi się kiedy pojawiają się ludzie. Bohater okrywa liczne słabości ludzi, ich pychę, arogancję, chciwość, niechęć do wszystkiego co inne. Prowadzi to do epickiego konfliktu między światem ludzi, a siłami przyrody, ale także bardzo ciekawego kryzysu egzystencjalnego Mowgliego, który nie jest w stanie wpasować się do żadnego środowiska. Jest to także historia coming of age - śledzimy całą życiową podróż bohatera, jak poznaje najróżniejsze uroki świata, najjaśniejsze i najmroczniejszą stronę przyrody, oraz ludzi, podejmuje życiowe decyzje i nieraz toczy głębokie przemyślenia.

Gorąco polecam obie części - dojrzalsze, inteligentniejsze i bardziej emocjonalne od wersji Disneya.

Księga dżungli i Druga księga dżungli aut. Rudyard Kipling, 1894-1895 Każdy kojarzy disneyowską wersję Księgi Dżungli pełną humoru, piosenk i zabawnych postaci. Literacki pierwowzór mocno różni się od wersji Disneya. Księga dżungli to zbiór opowiadań osadzonych w świecie przyrody (w większości przypadku Indii w XIX wieku). Połowa z nich dotyczy znanego powszechnie Mowgliego, a połowa zupełnie innych postaci w różnych zakątkach świata. W każdym przypadku mamy do czynienia albo ze zwierzętami, albo człowiekiem mającą bliższy kontakt ze światem zwierząt. Prawie wszystkie są bardzo interesujące, często łącząc humor z przygodą, w ciekawy sposób pokazujący struktury zwierząt, ekosystem w przyrodzie, często też ocierając się o wymiar duchowy z ekologicznym przesłaniem. Księga dżungli to po dziś dzień zaskakująco dojrzała, inteligentnie napisana i momentami emocjonująca historia. To wręcz epicka przygoda o chłopcu przygarniętym przez wilki, który poznaje piękno przyrody i jego odkrywa duchowy wymiar. Każdy element dżungli posiada swoją legendę, mitologię tłumaczącą porządek rzeczy. Świat przyrody jest nie tylko piękny, ale też brutalny, bezlitosny wobec słabych. Kipling nie unika też cięższych tematów jak śmierć, woja, czy moralne odcieni szarości. Jeszcze ciekawiej robi się kiedy pojawiają się ludzie. Bohater okrywa liczne słabości ludzi, ich pychę, arogancję, chciwość, niechęć do wszystkiego co inne. Prowadzi to do epickiego konfliktu między światem ludzi, a siłami przyrody, ale także bardzo ciekawego kryzysu egzystencjalnego Mowgliego, który nie jest w stanie wpasować się do żadnego środowiska. Jest to także historia coming of age - śledzimy całą życiową podróż bohatera, jak poznaje najróżniejsze uroki świata, najjaśniejsze i najmroczniejszą stronę przyrody, oraz ludzi, podejmuje życiowe decyzje i nieraz toczy głębokie przemyślenia. Gorąco polecam obie części - dojrzalsze, inteligentniejsze i bardziej emocjonalne od wersji Disneya. #KsięgaDżungli, #junglebook, #mowgli, #RudyardKipling, #Kipling, #bajka, #przygoda, #przyroda, #Indie, #klasyka, #literatura, #książka, #NaszaKsięgarnia, #PWLD, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie, #disney

Amazing Spider-Man: Powrót do korzeni
aut. Nick Spencer, Ryan Ottley, 2018

Sam tytuł mówi sam za siebie- to jest Powrót do korzeni, do najbardziej basicowych tropów kojarzonych ze Spider-Manem. Nie jest to też żaden reboot, prequel itd. tylko ciąg dalszy przygód dorosłego Petera Parkera. Już to wystarczyło, aby przykuć moją uwagę - Peter od dawna nie jest już licealistą, jest już bardziej zbliżony do mojego wieku, boryka się z problemami z którymi mi łatwiej się utożsamić. Jest to ponownie powrót do "Friendly Neighborhood Spider-Mana", ale wydaje mi się, że tutaj jest to zagrane bardziej samoświadomie. Amazing Spider-Man w pełni przyjmuje cały absurd komiksowego uniwersum Marvela i spuszcza to do parteru. Wszystko jest tak lekkie, niewinne, przyziemne i urocze w swoim absurdzie, że autentycznie zabawne. Relacje międzyludzkie są napisane bardzo naturalnie, ze sporym zrozumieniem dla postaci, pełne człowieczeństwa i szczerości. Komiks ma w sobie sporo ciepła i zrozumienia nie tylko dla postaci pierwszoplanowych, ale nawet dla złoczyńców. Kreska jest bardzo klasyczna, prosta, kolorowa, ale pasuje to do konwencji.

Powrót do korzeni za pomocą prostego, ale ciekawego konceptu opowiada kim tak naprawdę jest Spider-Man, co w sobie uosabia, jak ważnym czynnikiem jest sam Peter Parker razem ze swoim bagażem doświadczeń. Ponownie powracają tutaj mądrości wujka Bena, lekcja odpowiedzialności, uczenia się na własnych błędach i dalszego rozwijania się. To pierwszy tom dłuższej serii - są wprowadzane powoli pewne wątki, które w przyszłości będą rozwijane, ale całość ma ładną klamrę w wątku Peter Parker vs. Spider-Man. 

Nie jest to komiks, który położyłby mnie na łopatki jak Venom Donny'ego Catesa, ale był to miły powrót do Spider-Mana po przerwie jaką sobie zrobiłem. Jest to klasyczny Spider-Man, ale cały czas się rozwija się, upada, aby wstanąć i ponownie iść na przód. Z chęcią będę śledził dalsze losy Spider-Mana w ramach cyklu Marvel Fresh.

Amazing Spider-Man: Powrót do korzeni aut. Nick Spencer, Ryan Ottley, 2018 Sam tytuł mówi sam za siebie- to jest Powrót do korzeni, do najbardziej basicowych tropów kojarzonych ze Spider-Manem. Nie jest to też żaden reboot, prequel itd. tylko ciąg dalszy przygód dorosłego Petera Parkera. Już to wystarczyło, aby przykuć moją uwagę - Peter od dawna nie jest już licealistą, jest już bardziej zbliżony do mojego wieku, boryka się z problemami z którymi mi łatwiej się utożsamić. Jest to ponownie powrót do "Friendly Neighborhood Spider-Mana", ale wydaje mi się, że tutaj jest to zagrane bardziej samoświadomie. Amazing Spider-Man w pełni przyjmuje cały absurd komiksowego uniwersum Marvela i spuszcza to do parteru. Wszystko jest tak lekkie, niewinne, przyziemne i urocze w swoim absurdzie, że autentycznie zabawne. Relacje międzyludzkie są napisane bardzo naturalnie, ze sporym zrozumieniem dla postaci, pełne człowieczeństwa i szczerości. Komiks ma w sobie sporo ciepła i zrozumienia nie tylko dla postaci pierwszoplanowych, ale nawet dla złoczyńców. Kreska jest bardzo klasyczna, prosta, kolorowa, ale pasuje to do konwencji. Powrót do korzeni za pomocą prostego, ale ciekawego konceptu opowiada kim tak naprawdę jest Spider-Man, co w sobie uosabia, jak ważnym czynnikiem jest sam Peter Parker razem ze swoim bagażem doświadczeń. Ponownie powracają tutaj mądrości wujka Bena, lekcja odpowiedzialności, uczenia się na własnych błędach i dalszego rozwijania się. To pierwszy tom dłuższej serii - są wprowadzane powoli pewne wątki, które w przyszłości będą rozwijane, ale całość ma ładną klamrę w wątku Peter Parker vs. Spider-Man. Nie jest to komiks, który położyłby mnie na łopatki jak Venom Donny'ego Catesa, ale był to miły powrót do Spider-Mana po przerwie jaką sobie zrobiłem. Jest to klasyczny Spider-Man, ale cały czas się rozwija się, upada, aby wstanąć i ponownie iść na przód. Z chęcią będę śledził dalsze losy Spider-Mana w ramach cyklu Marvel Fresh. #marvel, #komiks, #spiderman, #Egmont, #akcja, #superbohaterowie, #superhero, #MarvelFresh, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie, #komedia, #amazingspiderman,

Cały czas nie mamy dokładnych informacji odnośnie daty premiery HBO MAX w Polsce poza rokiem 2022, ale ruszyła oficjalna, polska kampania marketingowa w postaci spotu i plakatu. Dobre i to, bo w końcu faktycznie widzimy jakieś kroki w tym kierunku.

Cały czas nie mamy dokładnych informacji odnośnie daty premiery HBO MAX w Polsce poza rokiem 2022, ale ruszyła oficjalna, polska kampania marketingowa w postaci spotu i plakatu. Dobre i to, bo w końcu faktycznie widzimy jakieś kroki w tym kierunku. #HBO, #hbomax, #WarnerBros, #wb, #streaming

 
Dotarło do nas parę zdjęć i informacji odnośnie filmu Aquaman and the Lost Kingdom. James Wan wyjawił, że Aquaman 2 ma być inspirowany Planetą Wampirów Mario Bavy - był to tani, włoski horror science-fiction z 1965 roku, w którym grupa austronautów wylądowała na obcej planecie należącej do wymarłej cywilizacji, która wpływa na umysły bohaterów. Pierwszy Aquaman miał elementy horroru w postaci sekwencji z Trenchami (i była to fantastyczna sekwencja), jego nadchodzący film Wcielenie (Malignant) ponoć ma być filmem giallo, więc ta nietypowa inspiracja do jego kolejnego widowiska nie powinna dziwić. 

Dostaliśmy też zdjęcia 2 przedstawiające Jasona Momoę w dwóch nowych kostiumach. Ten pierwszy to jego klasyczny, komiksowy strój, który jest po prostu lekko zmodyfikowaną wersją tego z finału jedynki. Drugi strój wygląda jak żywcem wzięty z X-Men Bryana Singera, albo Snyderverse, czyli czarna zbroja. Ma to być jednak chwilowy, maskujący strój ponoć posiadający właściwości morskich zwierząt z zdolnością kamuflażu (co może wyglądać naprawdę ciekawie w filmowym wydaniu).

Ostatnio dotarło do nas jeszcze zdjęcie Jamesa Wana z Patrickiem Willsonem w roli Orma, który mocno się zmienił od ostatniej części- tym razem wygląda jak zwykły rozbitek samych poszarpanych spodniach, z długimi włosami i obfitym zarostem. Czyżby został surowo potraktowany przez brata w więzieniu?

Dotarło do nas parę zdjęć i informacji odnośnie filmu Aquaman and the Lost Kingdom. James Wan wyjawił, że Aquaman 2 ma być inspirowany Planetą Wampirów Mario Bavy - był to tani, włoski horror science-fiction z 1965 roku, w którym grupa austronautów wylądowała na obcej planecie należącej do wymarłej cywilizacji, która wpływa na umysły bohaterów. Pierwszy Aquaman miał elementy horroru w postaci sekwencji z Trenchami (i była to fantastyczna sekwencja), jego nadchodzący film Wcielenie (Malignant) ponoć ma być filmem giallo, więc ta nietypowa inspiracja do jego kolejnego widowiska nie powinna dziwić. Dostaliśmy też zdjęcia 2 przedstawiające Jasona Momoę w dwóch nowych kostiumach. Ten pierwszy to jego klasyczny, komiksowy strój, który jest po prostu lekko zmodyfikowaną wersją tego z finału jedynki. Drugi strój wygląda jak żywcem wzięty z X-Men Bryana Singera, albo Snyderverse, czyli czarna zbroja. Ma to być jednak chwilowy, maskujący strój ponoć posiadający właściwości morskich zwierząt z zdolnością kamuflażu (co może wyglądać naprawdę ciekawie w filmowym wydaniu). Ostatnio dotarło do nas jeszcze zdjęcie Jamesa Wana z Patrickiem Willsonem w roli Orma, który mocno się zmienił od ostatniej części- tym razem wygląda jak zwykły rozbitek samych poszarpanych spodniach, z długimi włosami i obfitym zarostem. Czyżby został surowo potraktowany przez brata w więzieniu? #aquaman, #jasonmomoa, #planetofthevampires, #horror, #sciencefiction, #giallo, #blockbuster, #dc, #dceu, #AquamanAndTheLostKingdom, #superbohaterowie, #superhero, #WarnerBros, #wb, #szmyrgol, #szmyrgolmovie

Venom Donny'ego Catesa wywarł na mnie takie wrażenie, że od razu po lekturze udałem się do najbliższego empiku zrobić małe zakupy komiksowe. Koniecznie chciałem coś powiązanego z Venomem, więc zabrałem się za Amazing Spider-Mana, też z Marvel Fresh. A skoro wziąłem coś lżejszego i bardziej młodzieżowego, to sięgnąłem też po Beast Boya, kolejną odsłonę Młodych Tytanów wydawanych w ramach cyklu DC 13+ (twórców bardzo miło wspominanej przeze mnie Raven).

Venom Donny'ego Catesa wywarł na mnie takie wrażenie, że od razu po lekturze udałem się do najbliższego empiku zrobić małe zakupy komiksowe. Koniecznie chciałem coś powiązanego z Venomem, więc zabrałem się za Amazing Spider-Mana, też z Marvel Fresh. A skoro wziąłem coś lżejszego i bardziej młodzieżowego, to sięgnąłem też po Beast Boya, kolejną odsłonę Młodych Tytanów wydawanych w ramach cyklu DC 13+ (twórców bardzo miło wspominanej przeze mnie Raven). #venom, #marvel, #dc, #teentitans, #beastboy, #kamigarcia, #gabrielpicolo, #spiderman, #amazingspiderman, #MarvelFresh, #DC13, #MłodziTytani, #superhero, #superbohaterowie, #DCPolska, #Egmont

Venom
aut. Donny Cates, Joshua Cassara, Iban Coello,  Ryan Stegman, 2018 

Venom jest dziki, Venom jest zły, Venom ma bardzo ostre kły - a przynajmniej tyle moglibyśmy oczekiwać po kolejnym komiksie z Venomem. W sumie pierwsza połowa cyklu Venom w ramach Marvel Fresh o tym opowiada - Venom venomuje i dochodzą jeszcze bardziej paskudne, demoniczne monstra z kosmosu którym Eddie Brock i symbiont muszą ubić zębate facjaty. Jednak jest w tym niespodziewana ilość niuansów, twistów i głębi. Nagle okazuje się, że symbionty to coś więcej niż gluty z kosmosu - to pradawna forma życia pochodząca od przerażającego bóstwa, które właśnie się przebudziło. Donny Cates buduje tutaj wielką mitologię symbiontów - wprowadza masę konceptów większych niż życie, wszystko pokryte glutem, mackami i zębami. I ta cała mitologia jest naprawdę ciekawa - dziwna, mroczna, ale też nie przekombinowana. Ta część Venoma przypomina mi komiksy lat 90, ale w najlepszej formie - jest dużo mroku, wielkich mięśnich, giwer, fajnych designów symbiontów, ale jednocześnie ma to sens, nie jest głupie i jest wciągające. Ciekawie rozwinięto relację Eddiego z symbiontem - trochę jak w filmie z Tomem Hardym, ale bardziej dramatycznie.

W połowie historia zmienia kurs i zamiast na symbiontach, kosmicznej stawce i akcji skupiamy się na dramacie Eddiego Brocka - i ta część historii jest jeszcze lepsza. Dostajemy masę informacji na temat osobistego życia protagonisty, jego przeszłości, jaki to miało wpływ na jego dalsze losy i jak to w ogóle łączy się z symbiontem. Jego pasmo porażek, toksyczna relacja z ojcem, nieustanne poczucie samotności i cierpienia łamią serce.

Fantastycznie wyglądają rysunki. Zmieniają się rysownicy parę razy, ale w ogóle to nie przeszkadza. Świetnie oddane są ludzkie emocje, poczucie samotności, cierpienia, ale też bardziej widowiskowe "venomowe" sekwencje, które dają przez moment kupę radochy i fajnego body horroru. To najlepszy komiks jaki czytałem od dawna.

Venom aut. Donny Cates, Joshua Cassara, Iban Coello, Ryan Stegman, 2018 Venom jest dziki, Venom jest zły, Venom ma bardzo ostre kły - a przynajmniej tyle moglibyśmy oczekiwać po kolejnym komiksie z Venomem. W sumie pierwsza połowa cyklu Venom w ramach Marvel Fresh o tym opowiada - Venom venomuje i dochodzą jeszcze bardziej paskudne, demoniczne monstra z kosmosu którym Eddie Brock i symbiont muszą ubić zębate facjaty. Jednak jest w tym niespodziewana ilość niuansów, twistów i głębi. Nagle okazuje się, że symbionty to coś więcej niż gluty z kosmosu - to pradawna forma życia pochodząca od przerażającego bóstwa, które właśnie się przebudziło. Donny Cates buduje tutaj wielką mitologię symbiontów - wprowadza masę konceptów większych niż życie, wszystko pokryte glutem, mackami i zębami. I ta cała mitologia jest naprawdę ciekawa - dziwna, mroczna, ale też nie przekombinowana. Ta część Venoma przypomina mi komiksy lat 90, ale w najlepszej formie - jest dużo mroku, wielkich mięśnich, giwer, fajnych designów symbiontów, ale jednocześnie ma to sens, nie jest głupie i jest wciągające. Ciekawie rozwinięto relację Eddiego z symbiontem - trochę jak w filmie z Tomem Hardym, ale bardziej dramatycznie. W połowie historia zmienia kurs i zamiast na symbiontach, kosmicznej stawce i akcji skupiamy się na dramacie Eddiego Brocka - i ta część historii jest jeszcze lepsza. Dostajemy masę informacji na temat osobistego życia protagonisty, jego przeszłości, jaki to miało wpływ na jego dalsze losy i jak to w ogóle łączy się z symbiontem. Jego pasmo porażek, toksyczna relacja z ojcem, nieustanne poczucie samotności i cierpienia łamią serce. Fantastycznie wyglądają rysunki. Zmieniają się rysownicy parę razy, ale w ogóle to nie przeszkadza. Świetnie oddane są ludzkie emocje, poczucie samotności, cierpienia, ale też bardziej widowiskowe "venomowe" sekwencje, które dają przez moment kupę radochy i fajnego body horroru. To najlepszy komiks jaki czytałem od dawna. #venom, #marvel, #komiks, #spiderman, #Egmont, #akcja, #superbohaterowie, #superhero, #MarvelFresh, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie

Ghost of Tsushima
prod. Sucker Punch Producions, 2020

Ghost of Tsushima to gra, której trudno mi przyznać status arcydzieła, ale też trudno mi jej nielubić. Widać, że próbowano wykreować tytuł AAA, pomimo wyraźnie ograniczonego budżetu.

Ghost of Tsushima uwodzi piękną oprawą artystyczną, wykorzystaniem kolorów, naturalnych pejzaży, elementów japońskiego folkloru, bardzo ładnie wyreżyserowanymi cut scenkami w misjach głównych, ale animacja chwilami jest drętwa, mimika postaci ograniczona, mocno uproszczona fizyka, brak efektu ragdoll, masa cut scenek z misji pobocznych jest maksymalnie statyczna.
Cuszima jest wielka i piękna, oferuje dużo fajnych znajdziek, obozów wroga przyjemnych do infiltracji, ale brakuje życia wśród NPC, w lokalnej faunie, ekosystemu z prawdziwego zdarzenia. System walki jest bardzo dobrze przemyślany - widowiskowy, pasujący do konwencji, 
nastawiony na stały ruch, blokowanie, walkę z licznymi  przeciwnikami z wielu stron. Podobnie można powiedzieć o systemie sterowania i wspinania się zaczerpniętym z Assasin's Creed. 

Mimo tego wszystkiego gra pochłonęła mnie za sprawą swojej historia, kreacji postaci, obranej estetyka, czy klimatowi. Jako fana kina samurajskiego byłem zakochany wprost w zaprezentowanej wizji feudalnej Japonii. Dla czystej przyjemniści przemierzałem tereny, czy robiłem zdjęcia. Uwielbiam też aspekt przyrodniczo-duchowy - wiatr wskazujący kierunek, ptak zaprowadzający do ukrytych misji i znajdziek - masa tych smaczków czyniło grę bardzo uspokajającą, a wręcz medytacyjną. Bardzo podobała mi się też historia łącznie z wątkami pobocznymi - wszystko ładnie jest splecione tematem piekła wojny, straty i poświęcenia.

W Ghost of Tsushima jest wiele niedoskonałości, ale szybko o nich zapominałem, ponieważ grało mi się w to bardzo przyjemnie. Wreszcie mogłem poczuć się jak prawdziwy samuraj, zachwycać się pięknem feudalnej Japonii.

Ghost of Tsushima prod. Sucker Punch Producions, 2020 Ghost of Tsushima to gra, której trudno mi przyznać status arcydzieła, ale też trudno mi jej nielubić. Widać, że próbowano wykreować tytuł AAA, pomimo wyraźnie ograniczonego budżetu. Ghost of Tsushima uwodzi piękną oprawą artystyczną, wykorzystaniem kolorów, naturalnych pejzaży, elementów japońskiego folkloru, bardzo ładnie wyreżyserowanymi cut scenkami w misjach głównych, ale animacja chwilami jest drętwa, mimika postaci ograniczona, mocno uproszczona fizyka, brak efektu ragdoll, masa cut scenek z misji pobocznych jest maksymalnie statyczna. Cuszima jest wielka i piękna, oferuje dużo fajnych znajdziek, obozów wroga przyjemnych do infiltracji, ale brakuje życia wśród NPC, w lokalnej faunie, ekosystemu z prawdziwego zdarzenia. System walki jest bardzo dobrze przemyślany - widowiskowy, pasujący do konwencji, nastawiony na stały ruch, blokowanie, walkę z licznymi przeciwnikami z wielu stron. Podobnie można powiedzieć o systemie sterowania i wspinania się zaczerpniętym z Assasin's Creed. Mimo tego wszystkiego gra pochłonęła mnie za sprawą swojej historia, kreacji postaci, obranej estetyka, czy klimatowi. Jako fana kina samurajskiego byłem zakochany wprost w zaprezentowanej wizji feudalnej Japonii. Dla czystej przyjemniści przemierzałem tereny, czy robiłem zdjęcia. Uwielbiam też aspekt przyrodniczo-duchowy - wiatr wskazujący kierunek, ptak zaprowadzający do ukrytych misji i znajdziek - masa tych smaczków czyniło grę bardzo uspokajającą, a wręcz medytacyjną. Bardzo podobała mi się też historia łącznie z wątkami pobocznymi - wszystko ładnie jest splecione tematem piekła wojny, straty i poświęcenia. W Ghost of Tsushima jest wiele niedoskonałości, ale szybko o nich zapominałem, ponieważ grało mi się w to bardzo przyjemnie. Wreszcie mogłem poczuć się jak prawdziwy samuraj, zachwycać się pięknem feudalnej Japonii. #ghostoftsushima, #ps4, #Playstation4, #konsola, #gra, #playstation, #sony, #suckerpunch, #samuraj, #kinosamurajskie, #akirakurosawa, #masakikobayashi, #akcja, #skradanka, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie

 
Jak mogłaby wyglądać aktorska adaptacja Ricka i Morty'ego? A tak! Pojawiły się spoty od Adult Swim promujące oczywiście kreskówkę, ale tym razem pokazujące Ricka i Morty'ego z uniwersum C-132, którzy są grani przez Christophera Lloyda i Jeadena Martella. To tylko reklamy serialu animowanego, ale jeżeli tak miałaby wyglądać aktorska wersja np: filmu kinowego Rick & Morty to byłbym zadowolony - dr. Emmett Brown w wykonaniu Christophera Lloyda był główną inspiracją dla Ricka Sancheza, aktor cały czas żyje, jest aktywny zawodowo, a nawet jest w odpowiednim wieku, a Jeaden Martell w roli Billy'ego w serii To był dosyć podobny do Morty'ego (poczuciwa, jąkająca się ciapa) i wciąż jest nastolatkiem.

Jak mogłaby wyglądać aktorska adaptacja Ricka i Morty'ego? A tak! Pojawiły się spoty od Adult Swim promujące oczywiście kreskówkę, ale tym razem pokazujące Ricka i Morty'ego z uniwersum C-132, którzy są grani przez Christophera Lloyda i Jeadena Martella. To tylko reklamy serialu animowanego, ale jeżeli tak miałaby wyglądać aktorska wersja np: filmu kinowego Rick & Morty to byłbym zadowolony - dr. Emmett Brown w wykonaniu Christophera Lloyda był główną inspiracją dla Ricka Sancheza, aktor cały czas żyje, jest aktywny zawodowo, a nawet jest w odpowiednim wieku, a Jeaden Martell w roli Billy'ego w serii To był dosyć podobny do Morty'ego (poczuciwa, jąkająca się ciapa) i wciąż jest nastolatkiem. #rickandmorty, #christopherlloyd, #jeadenmartell, #adultswim, #kreskówki, #bajkidladorosłych, #comedycentral, #ricksanchez, #morty, #Rick, #szmyrgol, #szmyrgolmovie

Straszliwą wiadomość przekazał dzisiaj Maciej Knapik na swoim Facebooku- zmarł jego ojciec, Tomasz Knapik który był jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich lektorów, szczególnie kojarzony przez pokolenie pamiętające erę VHS. Głosu Tomasza Knapika nie dało się pomylić z kimkolwiek innym, wystarczyło raz go usłyszeć i już zapamiętało się go do końca życia. Przez ostatnie kilka lat Tomasz Knapik udzielał się sporadycznie - użyczał głosu w reklamie piwa Tyskie, czytał rozkłady jazdy w warszawskiej komunikacji miejskiej, oraz występował gościnnie na festiwalach. W 2015 roku był jeszcze lektorem w filmie Kung Fury za sprawą petycji fanów (którą sam wypełniłem i udostępniałem).

Rzadko oglądam już filmy z lektorem, ale za każdym razem jak w moje ręce wpadnie płyta DVD jakiegoś starego, dobrego akcyjniaka sprawdzam w pierwszej kolejności, czy lektorem nie jest przypadkiem Tomasz Knapik. Bez konkurencyjnie mój ulubiony lektor z którym każdy seans jest jeszcze przyjemniejszy. Niech spoczywa w pokoju, dziękuję za dekady czytania tysięcy wspaniałych filmów.

Straszliwą wiadomość przekazał dzisiaj Maciej Knapik na swoim Facebooku- zmarł jego ojciec, Tomasz Knapik który był jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich lektorów, szczególnie kojarzony przez pokolenie pamiętające erę VHS. Głosu Tomasza Knapika nie dało się pomylić z kimkolwiek innym, wystarczyło raz go usłyszeć i już zapamiętało się go do końca życia. Przez ostatnie kilka lat Tomasz Knapik udzielał się sporadycznie - użyczał głosu w reklamie piwa Tyskie, czytał rozkłady jazdy w warszawskiej komunikacji miejskiej, oraz występował gościnnie na festiwalach. W 2015 roku był jeszcze lektorem w filmie Kung Fury za sprawą petycji fanów (którą sam wypełniłem i udostępniałem). Rzadko oglądam już filmy z lektorem, ale za każdym razem jak w moje ręce wpadnie płyta DVD jakiegoś starego, dobrego akcyjniaka sprawdzam w pierwszej kolejności, czy lektorem nie jest przypadkiem Tomasz Knapik. Bez konkurencyjnie mój ulubiony lektor z którym każdy seans jest jeszcze przyjemniejszy. Niech spoczywa w pokoju, dziękuję za dekady czytania tysięcy wspaniałych filmów. #vhs, #TomaszaKnapik, #lektor, #nostalgia, #lata80, #lata90, #polska, #film, #telewizja, #śmierć,

Po obejrzeniu zwiastuna Red Notice, najnowszego megahitu Netflixa, zacząłem się zastanawiać jak musiał wyglądać pitch meeting:
- Nie mamy praw do żadnych popularnych franczyz superhero, co jeszcze się dobrze sprzedaje? 
- Heist movie połączone z bombastyczną akcją, jak ostatnie części Szybkich i Wściekłych z The Rockiem!
- Właśnie, heist, akcja i The Rock. Załatwione! Co jeszcze? 
- Ludzie lubią postacie z wyrazistymi charakterami, które mają między sobą banter, tak aby wymieniali się one-linearami i złośliwymi komentarzami. Kogo można by dać obok The Rocka?
- Ryan Reynolds pojawił się w tamtym spin-offie Szybkich i Wściekłych i niemal każdy film z nim w roli głównej przynosi krocie. 
- Załatwione! Co jeszcze. 2 męskich bohaterów, check. No dobra, to dla różnorodności potrzebna będzie też żeńska postać, najlepiej grana przez jakąś piękność kojarzoną z kinem akcji. Jaka aktorka znalazła się na szczycie najlepiej zarabiających żeńskich gwiazd Hollywood w ostatnich latach? 
- Scarlett Johnasson, ale niestety jest zbyt zajęta filmami Marvela na moment. 
- Okej, a poza nią? Może jakaś inna aktorka kojarzona z superbohaterami?
- Gal Gadot. 
- Doskonale, Wonder Woman w obsadzie!
- Okej, to niech każdy z tych aktorów będzie robił to co ludzie najbardziej kojarzą z nimi. The Rock niech będzie poczciwym olbrzymem i action hero, Ryan Reynolds niezdarą rzucającą sarkastycznymi i cringeowymi komentarzami, a Gal Gadot niech bije się super i nosi piękne suknie.
- ZAŁATWIONE! Dajmy to teraz jakiemuś przeciętnemu wyrobnikowi, który nie wyskakuje z żadnymi pomysłami, wykonuje grzecznie polecenia, najlepiej ktoś kto pracował już z The Rockiem.
- Jest ten typ, którego nazwiska nie pamiętam, który nakręcił Agenta i pół i Drapacz chmur!
- Hm... Nawet nie słyszałem o tych filmach. Ale był tam The Rock?
- Tak!
- Tak, mamy to!

Po obejrzeniu zwiastuna Red Notice, najnowszego megahitu Netflixa, zacząłem się zastanawiać jak musiał wyglądać pitch meeting: - Nie mamy praw do żadnych popularnych franczyz superhero, co jeszcze się dobrze sprzedaje? - Heist movie połączone z bombastyczną akcją, jak ostatnie części Szybkich i Wściekłych z The Rockiem! - Właśnie, heist, akcja i The Rock. Załatwione! Co jeszcze? - Ludzie lubią postacie z wyrazistymi charakterami, które mają między sobą banter, tak aby wymieniali się one-linearami i złośliwymi komentarzami. Kogo można by dać obok The Rocka? - Ryan Reynolds pojawił się w tamtym spin-offie Szybkich i Wściekłych i niemal każdy film z nim w roli głównej przynosi krocie. - Załatwione! Co jeszcze. 2 męskich bohaterów, check. No dobra, to dla różnorodności potrzebna będzie też żeńska postać, najlepiej grana przez jakąś piękność kojarzoną z kinem akcji. Jaka aktorka znalazła się na szczycie najlepiej zarabiających żeńskich gwiazd Hollywood w ostatnich latach? - Scarlett Johnasson, ale niestety jest zbyt zajęta filmami Marvela na moment. - Okej, a poza nią? Może jakaś inna aktorka kojarzona z superbohaterami? - Gal Gadot. - Doskonale, Wonder Woman w obsadzie! - Okej, to niech każdy z tych aktorów będzie robił to co ludzie najbardziej kojarzą z nimi. The Rock niech będzie poczciwym olbrzymem i action hero, Ryan Reynolds niezdarą rzucającą sarkastycznymi i cringeowymi komentarzami, a Gal Gadot niech bije się super i nosi piękne suknie. - ZAŁATWIONE! Dajmy to teraz jakiemuś przeciętnemu wyrobnikowi, który nie wyskakuje z żadnymi pomysłami, wykonuje grzecznie polecenia, najlepiej ktoś kto pracował już z The Rockiem. - Jest ten typ, którego nazwiska nie pamiętam, który nakręcił Agenta i pół i Drapacz chmur! - Hm... Nawet nie słyszałem o tych filmach. Ale był tam The Rock? - Tak! - Tak, mamy to! #netflix, #therock, #ryanreynolds, #galgadot, #rednotice, #film, #zwiastun, #akcja, #heistmovie, #komedią, #szmyrgol, #szmrygolmovie

Oficjalnie ogłoszono, że Venom 2 otrzymał kategorię wiekową PG-13 i oczywiście powtórzyła się sytuacja z pierwszego Venoma - fani rozczarowani, albo nawet oburzeni zaczęli krytykować tą decyzję, twierdząc że kategoria R jest jedyną, możliwą dla tego typu filmu. 

Myślałem, że po pierwszej części widzowie się czegoś nauczyli - tamten film okazał się kasowym hitem, szczególnie w Chinach (gdzie R-ka nie jest mile widziana) i jak najbardziej pokazano symbionty mordujące i pożerające ludziom głowy w PG-13.
Dokładnie tak samo będzie tym razem - Carnage będzie kroił ludzi na prawo i lewo (mieliśmy tego przebłyski na zwiastunach), po prostu znowu nie będziemy widzieli dokładnie krwi i flaków przed kamerą. Za pierwszym razem się udało, więc absurdalne z perspektywy wytwórni byłoby z tego rezygnować. Tak, fajnie byłoby dostać mocniejszy body horror i gore fest, ale z perspektywy studia to byłoby ryzykowne (równie ryzykowne jak The Suicide Squad Jamesa Gunna, które odrzuciło część widzów ilością przemocy i wulgaryzmów), a seria Venom jest przede wszystkim serią blockbusterów, która niby ma być powiązana z MCU w przyszłości, albo przynajmniej próbuje udawać że jest (sam już nie wiem na tym etapie).

Ja się oswoiłem z Venomem w PG-13 - ta dziwnie pokazana przemoc pasowała mi nawet do filmu, więc nie mam żadnych pretensji. Też nie oszukujmy się, że Venom 2 będzie jakimś poważnym body horrorem. Pierwsza część na początku produkcji aspirowała do czegoś podobnego, ale zrezygnowała na rzecz czegoś bardziej mainstreamowego i publika to kupiła. Jeżeli wtedy to się udało, głupio byłoby z tego rezygnować, tylko dopracować lepiej formułę i tego mniej więcej oczekuję - podobnego filmu, ale bardziej spójnego tonalnie, dopieszczonego, również balansującego na granicy lekkiego horroru, filmu superhero i dziwnej, czarnej komedii o dwóch przegrywach w jednym ciele. 

So, Let there be Carnage in PG-13!

Oficjalnie ogłoszono, że Venom 2 otrzymał kategorię wiekową PG-13 i oczywiście powtórzyła się sytuacja z pierwszego Venoma - fani rozczarowani, albo nawet oburzeni zaczęli krytykować tą decyzję, twierdząc że kategoria R jest jedyną, możliwą dla tego typu filmu. Myślałem, że po pierwszej części widzowie się czegoś nauczyli - tamten film okazał się kasowym hitem, szczególnie w Chinach (gdzie R-ka nie jest mile widziana) i jak najbardziej pokazano symbionty mordujące i pożerające ludziom głowy w PG-13. Dokładnie tak samo będzie tym razem - Carnage będzie kroił ludzi na prawo i lewo (mieliśmy tego przebłyski na zwiastunach), po prostu znowu nie będziemy widzieli dokładnie krwi i flaków przed kamerą. Za pierwszym razem się udało, więc absurdalne z perspektywy wytwórni byłoby z tego rezygnować. Tak, fajnie byłoby dostać mocniejszy body horror i gore fest, ale z perspektywy studia to byłoby ryzykowne (równie ryzykowne jak The Suicide Squad Jamesa Gunna, które odrzuciło część widzów ilością przemocy i wulgaryzmów), a seria Venom jest przede wszystkim serią blockbusterów, która niby ma być powiązana z MCU w przyszłości, albo przynajmniej próbuje udawać że jest (sam już nie wiem na tym etapie). Ja się oswoiłem z Venomem w PG-13 - ta dziwnie pokazana przemoc pasowała mi nawet do filmu, więc nie mam żadnych pretensji. Też nie oszukujmy się, że Venom 2 będzie jakimś poważnym body horrorem. Pierwsza część na początku produkcji aspirowała do czegoś podobnego, ale zrezygnowała na rzecz czegoś bardziej mainstreamowego i publika to kupiła. Jeżeli wtedy to się udało, głupio byłoby z tego rezygnować, tylko dopracować lepiej formułę i tego mniej więcej oczekuję - podobnego filmu, ale bardziej spójnego tonalnie, dopieszczonego, również balansującego na granicy lekkiego horroru, filmu superhero i dziwnej, czarnej komedii o dwóch przegrywach w jednym ciele. So, Let there be Carnage in PG-13! #venom, #sony, #marvel, #blockbuster, #venom2, #akcja, #horror, #superhero, #superbohaterowie, #tomhardy, #woodyharrelson, #szmyrgol, #szmyrgolmovie

 
187 mln w box office przy budżecie 200 mln? Jeszcze 2 lata temu mówiono by o jednej z największych klap w historii kina, która by pogrzebała markę na dobre. Ale najwyraźniej nie w czasach pandemii, kiedy trzeba brać pod uwagę masę okoliczności, oraz zarobki ze stramingów, vod itd. bo ogłoszono właśnie prace nad sequelem Jungle Cruise. Ja jeszcze filmu nie widziałem i już na pewno odpuszczę sobie seans w kinie bo lecą już tylko wersje z dubbingiem, ale jak tylko pojawi się na streamingu to chętnie nadrobię, bo lubię filmy z gatunku "The Rock w dżungli".

187 mln w box office przy budżecie 200 mln? Jeszcze 2 lata temu mówiono by o jednej z największych klap w historii kina, która by pogrzebała markę na dobre. Ale najwyraźniej nie w czasach pandemii, kiedy trzeba brać pod uwagę masę okoliczności, oraz zarobki ze stramingów, vod itd. bo ogłoszono właśnie prace nad sequelem Jungle Cruise. Ja jeszcze filmu nie widziałem i już na pewno odpuszczę sobie seans w kinie bo lecą już tylko wersje z dubbingiem, ale jak tylko pojawi się na streamingu to chętnie nadrobię, bo lubię filmy z gatunku "The Rock w dżungli". #disney, #junglecruise, #therock, #emilyblunt, #przygoda, #disney, #DisneyPlus, #blockbuster, #WyprawadoDżungli

Tokyo Ghost
aut. Matt Hollingsworth, Sean Gordon Murphy, Rick Remender, 2015 

Historia jest osadzona w świecie przyszłości, w konwencji cyberpunk z mocno ekologicznym przesłaniem, gdzie skrajnie brutalne, pełne wulgarnego humoru sekwencje w mieście przyszłości przeplatają się z wyniosłą historią tragicznej miłości i życia w harmonii z naturą. Miałem spory dysonans między tymi dwoma estetykami. Wszystko co związane jest z demonicznym miastem przyszłości mi grało - bo to jest podobna forma absurdu, pulpowości i wulgarnej satyry dystopii co komiksy z Sędzią Dreddem. Wszędzie widnieją obsceniczne reklamy, każda postać jest skończonym psychopatą, nihilistą i zboczeńcem, a każdy akt przemocy jest gore festem. 

Niestety Rick Remender bardzo stara się, aby komiks był czymś więcej niż pulpowym akcyjniakiem z wulgarnym humorem, żeby opowiadała wyniosłą i wzruszającą historię z wielkim przesłaniem i niestety kompletnie się na tym wykłada. Wszelkie aluzje i komentarze o sile przyrody i miłości są równie subtelne i dojrzałe, co w Avatarze Jamesa Camerona. Nieustannie krytykuje wszelkie przejawy technologii, pokazując ją dosłownie jak morderczy narkotyk, z którego nie wynika absolutnie nic dobrego. Za to świat przyrody i cofnięcie się w rozwoju o tysiące lat, życie zgodnie z kodeksem bushido (wiecie, ten sam co nakazuje zabijać i rozcinać sobie brzuch dla honoru) jest jedynym słusznym wyjściem. Nie ma tutaj za grosz niuansów, odcieni szarości, wszystko jest zero jedynkowe i powtarzane bez przerwy. 

Mimo banalnego scenariusza całość czytało mi się całkiem przyjemnie dzięki kapitalnej oprawie wizualnej. Fantastycznie prezentują się wszelkie projekty, dynamika scen akcji, cały brud, groteska, ale też rozmach. Uwielbiam też kolory Matta Hollingswortha - świetnie oddają zarówno urok brudnych, neonowych miast przyszłości, jak i majestatyczne krajobrazy pogrążone w całkowitej zieleni. Komiks, który powinno się przede wszystkim podziwiać dla doznań wizualnych.

Tokyo Ghost aut. Matt Hollingsworth, Sean Gordon Murphy, Rick Remender, 2015 Historia jest osadzona w świecie przyszłości, w konwencji cyberpunk z mocno ekologicznym przesłaniem, gdzie skrajnie brutalne, pełne wulgarnego humoru sekwencje w mieście przyszłości przeplatają się z wyniosłą historią tragicznej miłości i życia w harmonii z naturą. Miałem spory dysonans między tymi dwoma estetykami. Wszystko co związane jest z demonicznym miastem przyszłości mi grało - bo to jest podobna forma absurdu, pulpowości i wulgarnej satyry dystopii co komiksy z Sędzią Dreddem. Wszędzie widnieją obsceniczne reklamy, każda postać jest skończonym psychopatą, nihilistą i zboczeńcem, a każdy akt przemocy jest gore festem. Niestety Rick Remender bardzo stara się, aby komiks był czymś więcej niż pulpowym akcyjniakiem z wulgarnym humorem, żeby opowiadała wyniosłą i wzruszającą historię z wielkim przesłaniem i niestety kompletnie się na tym wykłada. Wszelkie aluzje i komentarze o sile przyrody i miłości są równie subtelne i dojrzałe, co w Avatarze Jamesa Camerona. Nieustannie krytykuje wszelkie przejawy technologii, pokazując ją dosłownie jak morderczy narkotyk, z którego nie wynika absolutnie nic dobrego. Za to świat przyrody i cofnięcie się w rozwoju o tysiące lat, życie zgodnie z kodeksem bushido (wiecie, ten sam co nakazuje zabijać i rozcinać sobie brzuch dla honoru) jest jedynym słusznym wyjściem. Nie ma tutaj za grosz niuansów, odcieni szarości, wszystko jest zero jedynkowe i powtarzane bez przerwy. Mimo banalnego scenariusza całość czytało mi się całkiem przyjemnie dzięki kapitalnej oprawie wizualnej. Fantastycznie prezentują się wszelkie projekty, dynamika scen akcji, cały brud, groteska, ale też rozmach. Uwielbiam też kolory Matta Hollingswortha - świetnie oddają zarówno urok brudnych, neonowych miast przyszłości, jak i majestatyczne krajobrazy pogrążone w całkowitej zieleni. Komiks, który powinno się przede wszystkim podziwiać dla doznań wizualnych. #NonStopComics, #tokyoghost, #komiks, #image, #cyberpunk, #sciencefiction, #akcja, #dladorosłych, #seangordonmurphy, #rickremender, #recenzja, #szmyrgol, #szmyrgolmovie

Candyman
reż. Nia Dacosta, 2021

Z całego grona ikon horrorów Candyman wydawał się najbardziej odpowiedni do przywrócenia w dzisiejszych czasach, uwzględniając obecną sytuację społeczną w Stanach Zjednoczonych i pozycję w jakiej znajduje się ludność czarnoskóra, szczególnie jeżeli zaangażowany miałby być w to Jordan Peele (który pełnił tutaj rolę producenta i scenarzysty).

Candyman z 1992 nie był wcale tasiemcowym slasherem - to było niesamowicie klimatyczne, wciągające, intrygujące, pełne tajemnic kino grozy, kładące nacisk na powolne budowaniu niepokoju, psychologię postaci i komentarz odnośnie napięć rasowych w Ameryce. Nia Dacosta kładzie nacisk właśnie na te aspekty, ale nie idzie w żadne odtwórstwo, tylko tworzy to za pomocą swoich własnych narzędzi. 

Candyman z 2021 skupia się na motywie urban legend - co tak naprawdę nazywamy legendą, jak się rozwija na przestrzeni lat, jak ulega reinterpretacjom i stanowi inspirację dla kolejnych pokoleń. Film mocno rozwija mitologię Candymana pokazując, że jest nie tylko demonem z twarzą Tony'ego Todda, ale też uosobieniem cierpienia czarnoskórej ludności, jest ich patronem, który zadaje okrutną śmierć białym oprawcom, oraz tym którzy zlekceważyli jego legendę (przywołując go dla zwykłej zabawy). Każde pokolenie ma swojego Candymana, męczennika, który stał się legendą.

Reżyseria prezentuje się tu fantastycznie. Każda scena jest dokładnie zaplanowana - ujęcia, ruchy kamerą, wszelkie detale poukrywane w kadrze. Żaden horror równie kreatywnie nie podszedł do motywu luster. Aktorstwo prezentuje się świetnie. Yahya Abdul‑Mateen II ma tutaj najlepszą (i najbardziej wymagającą) rolę w swojej karierze - przekonująco wypada zarówno jako zaangażowany artysta, jak i człowiek pogrążony w szaleństwie. 

Candyman to zaskakująco autorskie, świeże i odważne podejście do kultowego cyklu horrorów. Zamiast kolejnego slashera, dostaliśmy naprawdę mocny komentarz odnośnie Black Lives Matter. Bo najstraszniejsze są analogie do prawdziwych koszmarów z naszego świata.

Candyman reż. Nia Dacosta, 2021 Z całego grona ikon horrorów Candyman wydawał się najbardziej odpowiedni do przywrócenia w dzisiejszych czasach, uwzględniając obecną sytuację społeczną w Stanach Zjednoczonych i pozycję w jakiej znajduje się ludność czarnoskóra, szczególnie jeżeli zaangażowany miałby być w to Jordan Peele (który pełnił tutaj rolę producenta i scenarzysty). Candyman z 1992 nie był wcale tasiemcowym slasherem - to było niesamowicie klimatyczne, wciągające, intrygujące, pełne tajemnic kino grozy, kładące nacisk na powolne budowaniu niepokoju, psychologię postaci i komentarz odnośnie napięć rasowych w Ameryce. Nia Dacosta kładzie nacisk właśnie na te aspekty, ale nie idzie w żadne odtwórstwo, tylko tworzy to za pomocą swoich własnych narzędzi. Candyman z 2021 skupia się na motywie urban legend - co tak naprawdę nazywamy legendą, jak się rozwija na przestrzeni lat, jak ulega reinterpretacjom i stanowi inspirację dla kolejnych pokoleń. Film mocno rozwija mitologię Candymana pokazując, że jest nie tylko demonem z twarzą Tony'ego Todda, ale też uosobieniem cierpienia czarnoskórej ludności, jest ich patronem, który zadaje okrutną śmierć białym oprawcom, oraz tym którzy zlekceważyli jego legendę (przywołując go dla zwykłej zabawy). Każde pokolenie ma swojego Candymana, męczennika, który stał się legendą. Reżyseria prezentuje się tu fantastycznie. Każda scena jest dokładnie zaplanowana - ujęcia, ruchy kamerą, wszelkie detale poukrywane w kadrze. Żaden horror równie kreatywnie nie podszedł do motywu luster. Aktorstwo prezentuje się świetnie. Yahya Abdul‑Mateen II ma tutaj najlepszą (i najbardziej wymagającą) rolę w swojej karierze - przekonująco wypada zarówno jako zaangażowany artysta, jak i człowiek pogrążony w szaleństwie. Candyman to zaskakująco autorskie, świeże i odważne podejście do kultowego cyklu horrorów. Zamiast kolejnego slashera, dostaliśmy naprawdę mocny komentarz odnośnie Black Lives Matter. Bo najstraszniejsze są analogie do prawdziwych koszmarów z naszego świata. #candyman, #niadacosta, #jordanpeele, #horror, #slasher, #BlackLivesMatter, #premiera, #kino, #film, #recenzja, #yahyaabdulmateenII, #szmyrgol, #szmyrgolmovie, #tonytodd

 
W Poznaniu taki mural się pojawił. Nie przypadła mi do gustu Zmora Wilka, ale zawsze się cieszę, kiedy jakieś anime zyskuje większy rozgłos w Polsce. Wiem, że jest to reklamowane jak każda inna produkcja Netflixa i też dlatego że jest to Wiedźmin, ale zawsze jest to jakiś malutki kroczek dotarcia anime do szerszej widowni.

PS Wiem, że kwestią dyskusyjną jest nazywanie produkcji takich jak Wiedźmin: Zmora Wilka czy Castlevania anime, ponieważ są to po prostu amerykańskie produkcje lekko inspirujące się estetyką japońskich animacji. Ale skoro oficjalnie wszędzie są nazywane przez Netflixa filmami i serialami "anime" (nawet na tym muralu) to pozostańmy przy takim nazewnictwie.

W Poznaniu taki mural się pojawił. Nie przypadła mi do gustu Zmora Wilka, ale zawsze się cieszę, kiedy jakieś anime zyskuje większy rozgłos w Polsce. Wiem, że jest to reklamowane jak każda inna produkcja Netflixa i też dlatego że jest to Wiedźmin, ale zawsze jest to jakiś malutki kroczek dotarcia anime do szerszej widowni. PS Wiem, że kwestią dyskusyjną jest nazywanie produkcji takich jak Wiedźmin: Zmora Wilka czy Castlevania anime, ponieważ są to po prostu amerykańskie produkcje lekko inspirujące się estetyką japońskich animacji. Ale skoro oficjalnie wszędzie są nazywane przez Netflixa filmami i serialami "anime" (nawet na tym muralu) to pozostańmy przy takim nazewnictwie. #Wiedźmin, #thewitcher, #zmorawilka, #NightmareoftheWolf, #netflix, #anime, #kreskówka, #animacja, #bajkidladorosłych, #fantasy, #fantastyka, #DarkFantasy, #Poznań, #AndrzejSapkowski

Subscribe to our notifications

Join the community of users with the latest news from all social networks!